Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Historia życia ks. Józefa

Urodzony w 1922 r. Lech Józef Gniewniak należy do „pokolenia Kolumbów”, którego młodość przypadła na czas wojny i okupacji hitlerowskiej, co na zawsze naznaczyło ich psychikę, a trauma wojennych przeżyć stała się podstawowym doświadczeniem ich młodości.

O dzieciństwie i środowisku rodzinnym Lecha (imienia Józef zaczął używać później) wiadomo niewiele; miał przypuszczalnie dość liczne rodzeństwo, być może przyrodnie. Jako 7-letni chłopiec wraz ze starszym bratem wyjeżdża z rodzinnego Staszowa do Ząbkowic. Tam chodzi do szkoły podstawowej, potem kończy gimnazjum w Dąbrowie Górniczej.

Młodość w czasach wojny

Po wybuchu wojny, jesienią 1939 r. dostaje się (a raczej ucieka?) do Warszawy; podróż ta miała dość dramatyczny przebieg, pomógł mu zaprzyjaźniony kolejarz (nie znamy szczegółów). W Warszawie Leszek podjął dalszą naukę, podobnie jak wielu jego rówieśników - na tajnych kompletach (wspominał, że była to szkoła Górskiego). Prawdopodobnie z tych czasów wywodzi się znajomość Lecha z siostrami Goldmanównymi, zasłużonymi nauczycielkami (najstarsza Anna była dyrektorką konspiracyjnego gimnazjum), która z czasem przekształci się w bliską przyjaźń.

Po zdaniu matury Lech Gniewniak rozpoczyna studia w Akademii Nauk Politycznych, która mieściła się przed wojną we własnym gmachu przy ul. Wawelskiej 56, a podczas okupacji działała konspiracyjnie, rozproszona w prywatnych mieszkaniach1. Jednym z  jej wykładowców  był prof. Henryk Mościcki (1881-1952) – historyk; po wojnie pod jego kierunkiem Leszek napisze pracę magisterską.

Podobnie jak wielu młodych ludzi, Lech był także zaangażowany w działalność konspiracyjną. Jesienią 1943 r. zaaresztowano go w łapance, gdy szedł z fotografiami projektów afiszy antyniemieckich do tajnej drukarni. Znalazł się na Pawiaku, skąd wywieziono go z grupą więźniów 10 listopada 1943 r. do Oświęcimia (numery więźniarskie od 162110 do 162217).2 

W Auschwitz przebywał do września 1944 r. Rzadko i bardzo niechętnie opowiadał o swoich przeżyciach stamtąd. Mówił, że najbardziej wstrząsnęły nim cierpienia dzieci. Często bywał świadkiem rozdzierających scen, gdy SS-mani przychodzili na „selekcję” najsłabszych więźniów do komory gazowej, a dzieci  klęcząc błagały o życie. Tak opowiadał o tym po latach dziennikarzowi szwedzkiej gazety: Szczególnie pamiętam chłopca, który przyszedł na Izbę Chorych, gdzie pracowałem jako sanitariusz. Nazywał się Jenot i miał 8 lat. Był bardzo wycieńczony, więc cały czas wisiała nad nim groźba śmierci w komorze gazowej.

- I nadszedł ten dzień, kontynuuje ks. Gniewniak.  Przyszedł SS-man, by » zinwentaryzować» szpital. Jenot naprężył przed nim swe muskuły i krzyknął:  - Zobacz, jaki jestem silny, mogę jeszcze pracować. Pozwólcie mi żyć !

Tego samego dnia chłopiec zginął w komorze gazowej, wraz z setkami innych.3

Te przeżycia szczególnie wyryły się w jego duszy i to one, być może, sprawiły, że po wielu  latach odnalazł swe drugie powołanie jako kapelan  w Centrum Zdrowia Dziecka, a chore dzieci obdarzał wielką miłością i serdecznością.

We wrześniu 1944 r. Lech Gniewniak zostaje przeniesiony z Auschwitz do Sachsenhausen. Niewiele wiadomo o jego przeżyciach z tamtych czasów. Mówił natomiast o wyzwoleniu obozu przez armię amerykańską w maju 1945 r., co wskazuje, że musiał wówczas znajdować się w obozie w Mauthausen, dokąd trafiło wielu więźniów Sachsenhausen po ewakuacji tego obozu w lutym 1945 r.

Po wyzwoleniu obozu Lecha skierowano do oddziałów paramilitarnych. Mówił potem, że to wówczas nauczył się angielskiego.

Student UJ i sodalis

Do Polski powraca w 1946 r., najprawdopodobniej z Francji. Jedzie najpierw do Ząbkowic, a następnie do Krakowa. Tutaj podejmuje w listopadzie 1946 r. studia historyczne na Wydziale Humanistycznym UJ, równolegle pracuje w Archiwum Akt Dawnych. Udziela się też społecznie w organizującym się Związku b. Więźniów Politycznych w Krakowie (jest członkiem wszystkich zarządów). Ale przede wszystkim bardzo angażuje się w działalność Sodalicji Mariańskiej Studentów UJ (jest przedostatnim prezesem w latach 1947- 48, a także członkiem ogólnopolskiego zarządu Sodalicji Mariańskich). W tych latach tuż-powojennych ruch sodalicyjny rozwijał się w środowisku akademickim bardzo prężnie, mimo stopniowego nasilania się wrogich wobec Kościoła działań władz komunistycznych.

O aktywności Lecha jako sodalisa świadczy choćby  jego postawa jako uczestnika pierwszego kursu dla kandydatów na instruktorów sodalicyjnych, jaki odbył się w styczniu 1947 r. w Częstochowie – pisze o tym w swych wspomnieniach o.Tomasz Rostworowski: Z kursu w Częstochowie przemieniony wyjechał Lech Gniewniak  z Krakowa. Przyjechał nastawiony krytycznie: „Czego to nas, najstarszą sodalicję, mogą tu nauczyć?” W trzecim dniu obrad zapytał wręcz: „Kiedy nareszcie usłyszę coś o metodzie wychowania kandydatów?” Odpowiedziano mu: „Poczekaj waść cierpliwie. Problem jest w programie; na razie bierz udział we wspólnym formułowaniu wniosków”. Wyjechał rozpromieniony i zapalony do pracy. Moderator krakowski o. Oleksy mówił mi później, że Lech Gniewniak – jako prezes Sodalicji Mariańskiej Akademików – tak rozruszał jej działalność, że trzeba go było hamować. Gdy protestowano przeciwko wciąż nowym jego projektom, groził wycofaniem i dymisją. „Cóż było robić – mówił o. Oleksy – ustępowałem4.

Kierownictwo Sodalicji przywiązywało wielką wagę do kształcenia instruktorów. Zimą 1949 r. urządzono 4 sodalicyjne kursy instruktorskie, w tym jeden w Szklarskiej Porębie dla środowiska krakowskiego. Założenia i plany mieli wspaniałe – wspomina o. Rostworowski - i – jak to w Krakowie potrafią – z rozmachem. Zaproszono licznych prelegentów i zaplanowano udział blisko 150 osób. Jednocześnie z zasadniczym kursem instruktorskim zaplanowano spotkanie Akademickich Sodalicji Mariańskich studentów akademii medycznych, które organizował dr Strojnowski, kierownik sekcji absolwentów ASM w Krakowie. Niestety, nie zachowano koniecznej ostrożności i obserwujące ich służby bezpieczeństwa zaraz po przyjeździe uczestników wylegitymowały ich i nakazały się rozjechać (m.in. pod pretekstem niedotrzymania przepisów meldunkowych w obszarze przygranicznym). Kilka osób, w tym Lecha Gniewniaka zaaresztowano.

Choć  pobyt w areszcie nie trwał długo, stał się dla młodego człowieka, który już miał za sobą dramatyczne doświadczenia z Pawiaka i z obozów koncentracyjnych, przeżyciem o charakterze przełomowym. Bo zarówno on, jak i inni zatrzymani mieli świadomość, że każde aresztowanie przez SB może się skończyć wieloletnim więzieniem, może oznaczać okrutne śledztwo, którego celem jest ujawnienie nazwisk innych podejrzanych, a zeznania wymuszane są często torturami… Pociechę i siłę do przetrwania dawała uwięzionym  modlitwa, inicjowana i prowadzona przez Lecha i jego kolegów-sodalisów. Ich gorąca wiara i ufność w Bożą opiekę podtrzymywały na duchu współtowarzyszy niedoli, pomagały w najcięższych chwilach. Wydaje się, że to właśnie wtedy, pod wpływem więziennych przeżyć skrystalizowało się w młodym studencie historii powołanie. Wkrótce po uwolnieniu postanowił wstąpić do seminarium duchownego.

Zanim jednak opuścił Kraków, poszedł na spotkanie i rozmowę do kardynała Sapiehy. Z Księciem Metropolitą miał okazję stykać się wcześniej jako działacz sodalicyjny.

Później, podczas pożegnania  z kolegami z Sodalicji dowiedział się, że trzech z nich również wybiera się do seminarium.

Do seminarium w Warszawie Lech wstąpił w 1950 r., jednocześnie kontynuował studia historyczne. Przerwała je dość nagle ciężka choroba – gruźlica, będąca prawdopodobnie skutkiem pobytu w obozie w Auschwitz. Po kuracji szpitalnej musiał pojechać na rok do sanatorium w Zakopanem.

Studia historyczne ukończył pisząc pracę magisterską u  prof. H. Mościckiego i 30 czerwca 1952 r. uzyskał dyplom. Był już wówczas na III roku seminarium. Dodatkowo studiował też na Uniwersytecie Warszawskim teologię, a nawet zaczął pisać pracę doktorską z historii Kościoła.

Życzliwy mu ks. kardynał Wyszyński wyraził zgodę na skrócenie wymaganego okresu pobytu w seminarium, dzięki czemu Lech Gniewniak już w 1952 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. biskupa Zygmunta Choromańskiego. Pierwszą Mszę św. odprawił w kościele parafialnym p.w. Ducha Św. w Ząbkowicach.

Początki kapłaństwa

Pracę duszpasterską rozpoczął od parafii w Powsinie pod Warszawą, następnie – w latach 1954-55 był wikariuszem w  Brwinowie. Wspominał, że już od 1953 r. organizował w kolejnych parafiach grupy studenckie na zasadzie konwersatorium, tj. wykładów na wybrane tematy.5 W latach 1955–56 był wikarym w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy na Saskiej Kępie, był też m.in. prefektem w liceum im. Adama  Mickiewicza. To bardzo dobry okres w jego życiu; znajomości i przyjaźnie z tej parafii utrzymywał przez wiele lat i  wspominał często z dużym sentymentem.

Na początku 1956 r. ks. Gniewniak przeniesiony został do kościoła św. Anny jako współpracownik ks. Mieczysława Jabłonki, nowego rektora duszpasterstwa akademickiego, podążyło  wówczas za nim sporo młodzieży z parafii, w których pracował poprzednio.

Jako duszpasterz ks. Gniewniak odznaczał się szczególną charyzmą, co przyciągało do niego wiernych – zwłaszcza młodych, choć nie tylko. Oryginalna osobowość i żywy (niekiedy wręcz wybuchowy)  temperament, błyskotliwa inteligencja, a jednocześnie ogromne poczucie humoru i bezpośredni, serdeczny sposób bycia - to wszystko szło w parze z głębokim przeżywaniem wiary i darem kaznodziejskim. Jego homilie były bardzo głębokie, ale formułowane w sposób prosty i komunikatywny; odwoływał się w nich do spraw i doświadczeń bliskich słuchaczom, trafność jego refleksji była zaskakująca i nie pozostawiała nikogo obojętnym.

Jedną z pierwszych spektakularnych inicjatyw odradzającego się po październikowej „odwilży” duszpasterstwa u św. Anny było wznowienie tradycyjnych pielgrzymek akademickich do Częstochowy.

Duszpasterz akademicki u św.Jakuba

Po roku pracy u św. Anny ks. Gniewniak przeszedł do parafii św. Jakuba, gdzie w 1957 r. ks. Prymas mianował go duszpasterzem akademickim. O czasach tych pisze ks. Żochowski w historii parafii św. Jakuba6:

W tym okresie duszpasterstwo akademickie zostało wydzielone z ogólnych ram duszpasterstwa parafialnego, co nastąpiło z chwilą nominacji na duszpasterza akademickiego ks. mgr Józefa Gniewniaka w 1957 r. Ks. Kardynał prymas Wyszyński w swej pieczy duszpasterskiej nad całością diecezji  kładł duży nacisk na zorganizowanie i prowadzenie odrębnego duszpasterstwa akademickiego w parafii św. Jakuba. Popierał jego rozwój nie tylko częstymi odwiedzinami w parafii, ale też i różnymi innymi środkami, nie wyłączając środków materialnych.(...)

Rzeczywiście, ks. mgr Józef Gniewniak zaraz po swym przybyciu zorganizował zasadnicze formy swojej działalności wśród studentów. We wtorki i środy były konwersatoria, które gromadziły około 300 studentów.

Szerzej styl pracy duszpasterskiej ks. Gniewniaka  u św. Jakuba ukazuje ks. Marek Szumowski w swym monograficznym opracowaniu dziejów duszpasterstwa akademickiego w Archidiecezji Warszawskiej7.

Działalność księdza Gniewniaka to okres wspaniałego rozwoju ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego przy parafii św. Jakuba – to jakby cała epoka (pracował on do października 1973 roku).

Do współpracy w Duszpasterstwie Akademickim zostali włączeni inni księża (…), a także siostry i zapraszani świeccy prelegenci. Wprowadzone zostały na tyle  atrakcyjne formy pracy, że ośrodek zaczął przyciągać coraz liczniejsze grono młodzieży. Na czym polegał sekret tego dynamicznego rozwoju, co było jego fundamentem? Przede wszystkim chyba osobowość duszpasterza, jego miłość do młodzieży, o czym mówił ksiądz Gniewniak: (...) duszpasterz musi być całkowicie ich, musi ich kochać.

(…) W przekazywaniu treści związanych z wiarą „Profesor” (tak nazywała ks. Gniewniaka młodzież) starał się jak najgłębiej powiązać je z życiem: mówić o tym, co młodych naprawdę interesuje, często „wyciągał” od nich tematy. Bywało, że rozdawał karteczki i po przedstawieniu propozycji tematów kazał pisać (teraz): co cię interesuje, czego nie rozumiesz, o co chcesz zapytać? Temat, który zawsze  interesował i poruszał młodych – to miłość, rozumiana bardzo szeroko – jako miłość, narzeczeństwo, przyjaźń, małżeństwo.

Ks. Gniewniak kładł także nacisk na to, żeby oprócz teorii, oprócz mówienia nie zabrakło w pracy D[duszpasterstwa] A[akademickiego] konkretnego działania. Podejmowano więc na przykład opiekę nad osobami chorymi i starszymi, nad dziećmi – konkretną, czynną pomoc bliźnim.

W niedziele odprawiana była msza św. dla studentów, a po niej odbywało się wspólne śniadanie. Ksiądz Gniewniak opowiada: (...) jeden z tych chłopców książkę napisał8 i tam wspomina te śniadania, (...) te pączki; (...) zdobywałem pieniądze, bo to głodne wszystko było.

W soboty, w czasie stosownym, były organizowane spotkania towarzyskie, zabawy. Miały one duże znaczenie dla zintegrowania środowiska, dla lepszego poznawania się, dla dobrego spędzania wolnego czasu.9

Warto wspomnieć o znamiennej, prekursorskiej inicjatywie liturgicznej w ośrodku św. Jakuba. Mianowicie już pod koniec lat 50., a więc jeszcze przed Soborem, ks. Gniewniak wprowadził na mszy św. akademickiej równoległe czytanie przez lektorów tekstów liturgicznych, podczas gdy kapłan recytował je cicho po łacinie. Czytanie tekstów liturgicznych odegrało  wielką rolę w pogłębianiu przeżycia więzi z Bogiem przez Eucharystię – pisze ks. Szumowski - zaś słuchanie tekstów modlitw w języku polskim miało też ogromne znaczenie ewangelizacyjne dla szerszych gron młodzieży. Ale, jak to bywa w przypadku „prekursorstwa”, ks. Gniewniak musiał się tłumaczyć, rozmawiać z księdzem kardynałem Wyszyńskim, który w swej wielkiej życzliwości i zrozumieniu dla duszpasterstwa akademickiego zezwolił  na takie odprawianie mszy św. dla studentów. (…)

Wśród inicjatyw podejmowanych przez ks. Gniewniaka i innych duszpasterzy bardzo ważne było odnowienie majowej pielgrzymki akademickiej na Jasną Górę (…)10.

Tygodniowo ośrodek przyciągał do siebie od 800 do 1000 osób - podaje ks. Żochowski - Ks. Gniewniak interesował się też bardzo gronem ministrantów, chłopców szczegółowo dobranych z rodzin inteligenckich zajmujących wysokie pozycje społeczne. Podjął się też prowadzenia specjalnych lekcji religii dla dzieci i młodzieży pozbawionych całkowicie możliwości korzystania z religii na skutek zaistniałych przyczyn życiowych.11

Ważnym wydarzeniem wczesnego, pionierskiego okresu tworzenia wspólnoty akademickiej u św. Jakuba była akcja remontowa. Tak wspomina to wydarzenie jeden z ówczesnych studentów12:

Ksiądz dostał do zagospodarowania budynek przylegający do ul. Barskiej. Nie pamiętam, ile lokali było tam do dyspozycji. Była to piwnica pełna gruzu. To właśnie odgruzowywaliśmy. (…) Piwnica i chyba jakieś pomieszczenia na poziomie „0” zostały wyremontowane pracą społeczną i prawdopodobnie środkami parafii, bo jacyś fachowcy musieli brać w tym udział. Piwnica służyła akademikom na „spotkania szkoleniowe”, czy też raczej duszpasterskie, a także jako miejsce organizowania zabaw towarzyskich, tzn. tańców, co budowało społeczność.

Więcej pisze o tym ks. Szumowski: Przeprowadzono także remont kaplicy bocznej kościoła (kaplicy Zmartwychwstania Pańskiego) i tam odbywały się spotkania oraz odprawiane były msze święte  dla grup młodzieżowych. Od roku 1972 [poza niedzielą] odprawiane były msze święte akademickie w tej kaplicy w każdy czwartek (w czasie roku akademickiego). Msze święte w czwartkowe wieczory stały się odtąd nieprzerwaną tradycją ośrodka.

Raz w miesiącu każda grupa miała dzień skupienia. Najczęściej udawano się do domu rekolekcyjnego na terenie Zakładu dla Ociemniałych w Laskach. (…)

Bardzo ważne dla formacji religijnej młodzieży były coroczne rekolekcje wielkopostne. Uczestniczyło w nich zwykle kilka tysięcy osób. Duszpasterz akademicki starał się o zapraszanie jak najlepszych rekolekcjonistów, często naradzając się przy wyborze z młodzieżą. Wielokrotnie (co najmniej 13 razy!) głosił rekolekcje akademickie ks. prof. Włodzimierz Sedlak z Radomia, profesor KUL-u, przyrodnik (geolog, bioelektronik) i filozof przyrody, wybitna osobowość. Trudno przecenić znaczenie rekolekcji, zwłaszcza głoszonych przez wybitnych, starannie dobieranych rekolekcjonistów jak właśnie ks. Sedlak. Dla kształtowania świadomej wiary młodzieży miało znaczenie m.in. to, że mówił przyrodnik-naukowiec, a jednocześnie człowiek głęboko wierzący i kapłan. A były to czasy, kiedy  na każdym kroku wmawiano, że wiary nie da się pogodzić z wiedzą (…).

Wielu uczniów i wychowanków ks. Gniewniaka  jeździło na organizowane przez niego obozy wakacyjne. Co roku w wakacje – pisze ks. Szumowski - wyjeżdżało na obozy z ks. Gniewniakiem co najmniej po kilkadziesiąt osób.

 Kilkakrotnie korzystano z gościny u sióstr Urszulanek na Jaszczurówce  w Zakopanem. Od 196313 roku wybierano się na spływy kajakowe. Wybór formy spływu przez ks. Gniewniaka spowodowany był m.in. tym, że na spływie jest się bardziej nieuchwytnym dla funkcjonariuszy UB, a prześladowali oni obozy młodzieżowe organizowane przez księży w sposób szczególny, jak gdyby doceniając ich znaczenie w misji wychowawczej Kościoła. 14

(…) Potrzeba przeciwstawiania się i obrony przeciw wielorakim formom prześladowania, utrudniania, zastraszania i inwigilacji środowisk związanych z Kościołem towarzyszyła nieodłącznie pracy duszpasterskiej w tych czasach (zwłaszcza lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte). (…) Nakładano duże kary pieniężne na prowadzącego obóz i na gospodarzy przyjmujących grupę, próbowano też zastraszać młodzież albo zjednywać obietnicami. Nie można było używać słowa „ksiądz”, więc księża proponowali pseudonimy: ks. Gniewniak był „Profesorem” („Psorem”). Bardzo częstą praktyką było organizowanie obozów pod szyldem oficjalnych organizacji, np. PTTK.

 W dni postoju Profesor odprawiał msze św. – wspomina wielokrotny uczestnik spływów, Zdzisław Szymański. -Trasa była tak zaplanowana, że w niedzielę nie płynęło się, chyba że zmusiły do tego nadzwyczajne okoliczności. Udział w niedzielnej mszy był obowiązkowy, natomiast w inne dni - dobrowolny. Jednak większość spływowiczów brała w nich udział. Ołtarz stawał pod profesorskim namiotem, który był duży, w kształcie hangaru. Często do mszy włączali się ludzie biwakujący w sąsiedztwie, poinformowani w ostatniej chwili i zdziwieni obecnością księdza.

 Ks. Józef Gniewniak – wspomina inny uczestnik obozów, Jerzy Grzybowski - ludzi swoją wiedzą,  mądrością,  szacunek wzbudzał pięcioletni pobyt w Oświęcimiu. Ma na ramieniu wytatuowany jeden z najniższych numerów. A wyszedł dopiero pod koniec wojny. Jako kapłan był człowiekiem, który w chwili słabości potrafił dać świadectwo swojego człowieczeństwa ujmował i prostolinijności. Na spływach kajakowych bardzo przestrzegał, by młodzież nie przeklinała. Za każdą „cholerę” trzeba było zapłacić 5 zł do obozowej kasy.  Kiedy w jakiejś sytuacji stresowej bardzo się zdenerwował i wrzasnął: „Do jasnej cholery, co jest z wami...!”,  za chwilę, przy wszystkich, wpłacił do kasy złotych pięćdziesiąt.

W czasie spływów codziennie była Msza św. Ks. Gniewniak odprawiał ją na ogół w dużym namiocie, z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa przed tropiącym nas UB. Instrukcja była taka, ze jeżeli zbliżałby się ktoś podejrzany, to dyżurny miał opuścić zasłonę werandy namiotu. Ksiądz miał dokończyć Eucharystię w środku, a my mieliśmy się rozejść. Nie pamiętam jednak, aby kiedykolwiek ta instrukcja musiała zostać zrealizowana. Milicja nas odwiedzała, ale o innych porach, Pamiętam natomiast jak bodaj nad jez. Zyzdrój, w 1964 roku, ktoś z uczestników naszego spływu usłyszał rozmowę kilkuosobowej grupy osób, która rozbiła namioty jakiś kilometr od nas, że jutro niedziela, a oni nie wiedzą, gdzie jest kościół. „Profesor” zdecydował, żeby ich  zaprosić. Przyszli na naszą Mszę i zostali potem na ognisku.  Było to bardzo radosne wydarzenie. Czasem Msza była zupełnie poza namiotem. Ołtarzem był stolik turystyczny, a że był niski podnosiliśmy  go czasem wyżej, na wiosłach przywiązanych do drzew. Bardzo ważne w czasie tych spływów były ogniska wieczorne, w czasie których śpiewaliśmy i często były okazje do rozmów także na poważne tematy. Kończyła je zawsze modlitwa.15

Dla ks. Gniewniaka  wychowawcza rola obozów wakacyjnych była nie do przecenienia. Na czym polega znaczenie obozów? - mówił księdzu Szumowskiemu. - Na tym, że podczas obozów, dzięki wspólnemu pokonywaniu trudności, zawiązują się przyjaźnie, tworzą się zespoły, grupy, często na długie lata, nawet na całe życie.

Treści, które w codziennych warunkach nie docierają, zaczynają działać w warunkach specjalnych. Grupa roześmiana, rozśpiewana, bez wódy, bez nudy, bez łajdactwa przyciąga innych.

Odejście z parafii św. Jakuba

Na początku lat 70. w parafii św. Jakuba zachodzą znaczące zmiany – w 1972 r. proboszczem zostaje ks. Henryk Żochowski, poza tym zespół księży częściowo się zmienia. Zaczynają się nieporozumienia i konflikty na tle podziału obowiązków, zakresu powinności i uprawnień poszczególnych duszpasterzy w parafii.

Ks. Gniewniak, jako osobowość wybitna i mocna – pisze ks. Szumowski - walczył o prawo do niezależności i pracy tylko ze studentami – podjął się wszakże w ogromnym wymiarze prowadzenia katechizacji młodzieży licealnej (do 40 godz. w tygodniu!)

Ogrom pracy w ciągu roku i w czasie wakacji niewątpliwie mógł mieć wpływ na pogarszanie się stanu zdrowia ks. Gniewniaka (…) Pogarszanie się stanu zdrowia, a także pewne trudności we współpracy wśród zespołu księży przyczyniły się do tego, że w roku 1971 władza diecezjalna zaproponowała przeniesienie ks. Gniewniaka z parafii św. Jakuba (a więc i z duszpasterstwa akademickiego). Liczne grono młodzieży podjęło inicjatywę listu do ks. Prymasa z prośbą, aby ks. Gniewniak mógł jeszcze pozostać.

Nie można wykluczyć, że ks. Kardynał ze względu na tę prośbę, podpisaną przez ok. 200 osób, a także ze względu na docenianie ogromnego znaczenia i potrzeby duszpasterstwa akademickiego oraz życzliwość i szacunek dla ks. Gniewniaka, zdecydował o pozostaniu ks. Józefa u św. Jakuba jeszcze na dwa lata. W październiku 1973 r. ks. Józef Gniewniak otrzymał urlop zdrowotny i odszedł od czynnej pracy w ośrodku św. Jakuba.16

O pewnych nader nieprzyjemnych okolicznościach z tym związanych opowiada Elżbieta Galimska, wówczas starsza pielęgniarka w szpitaliku PALMA:  Zwrócił się do mnie w tym czasie ks. Józef Gniewniak, że bardzo źle się czuje i chce położyć się do szpitala akademickiego przy ul. Mochnackiego na przebadanie. Rozmawiałam z p. Ordynatorem, który znał stan zdrowia księdza z poprzednich pobytów w szpitalu i chętnie wyraził zgodę.

Ksiądz Józef leżał parę dni. W tym czasie tłumnie przychodziła odwiedzać  go młodzież studencka i gimnazjalna (to ja zawiadomiłam młodzież).

Pewnego dnia na lekcji religii przydzielony do grupy prowadzonej poprzednio przez ks. Gniewniaka kapłan oświadczył gimnazjalistom, że „Wasz ksiądz wyjechał i zostawił was.”

Na to oburzona młodzież chórem powiedziała: „Ksiądz kłamie, a ks. profesor Gniewniak leży w szpitalu akademickim i my po lekcji idziemy go odwiedzić”. (O tym zajściu powiadomiła mnie natychmiast córka, będąca w tej grupie gimnazjalistów.)

Na drugi dzień do pana Ordynatora przyszedł ktoś przedstawiwszy się, że jest z kościoła i oświadczył, że ks. J. Gniewniak został zwolniony z pełnienia obowiązków duszpasterza akademickiego i stracił uprawnienia do leczenia w szpitalu dla szkół wyższych.

Kiedy pan Ordynator poszedł z tym do ks. Gniewniaka, ten przyjął to z ogromnym spokojem, podziękował, ubrał się i opuścił szpital.17

Gdy po wakacjach 1973 roku wróciliśmy do Warszawy - wspomina  Z. Szymański - okazało się że nasz ulubiony ks. Profesor nie jest już duszpasterzem akademickim u św. Jakuba. Tymczasem nie miał innego przydziału, władze zaleciły mu kurację zdrowotną. Część jego uczniów pozostała w ośrodku współdziałając z pozostałymi tu duszpasterzami, którzy próbowali kontynuować rozpoczęte dzieło ewangelizacji, aczkolwiek brak im było charyzmy. Niestety, większość uczniów odeszła, nie potrafiąc pogodzić się z decyzją władz kościelnych.

Ksiądz Józef przebywał (na przełomie 1973 i 1974 r.) w Krynicy, gdzie miał bezterminowo leczyć nadszarpnięte zdrowie. Przez wiele miesięcy nie miał przydziału do dalszej pracy, co bardzo niekorzystnie wpływało na psychikę człowieka nawykłego do ciągłej aktywności. Wielu dawnych uczniów starało się odwiedzać go w nowym miejscu pobytu.

Odwiedziliśmy księdza w czasie przerwy semestralnej w początkach 1974 roku. Mieszkał przy ul. Leśnej w Krynicy, w willi „Ostoja”, kierowanej przez p. Rozalię Siemieńską, na co dzień „ciocię Różę”. Była ona serdeczną i opiekuńczą osobą, dbającą o wypoczynek i wyżywienie swych gości. „Ostoja” była wtedy niedużą, piętrową willą, jeszcze przed rozpoczęciem przebudowy. W wolnym czasie przyjeżdżała tam młodzież np. z Rodziny Rodzin, w innych terminach ludzie pracujący. Ks. Józef włączał się w działalność duszpasterską. Uczestniczyliśmy z nim w modlitwach różańcowych, które odmawiało się na stoku Góry Parkowej w drodze do figurki Matki Bożej. Ksiądz organizował je codziennie, niestraszne były mu śliskie ścieżki ani własna pokaźna tusza. Często „pielgrzymka” odbywała się po ciemku, wtedy braliśmy ze sobą świece.18

Przykry, pełen napięć okres spowodowany odejściem ks. Gniewniaka z duszpasterstwa akademickiego trwał dość długo, emocje nie cichły jeszcze jakiś czas po jego przeniesieniu się wiosną 1974 r. do Międzylesia, dokąd skierowała go władza duchowna, powierzając ks. Józefowi stanowisko rektora kościoła w Międzylesiu.

Rektor kościoła w Międzylesiu

Nie było tam wówczas parafii, kościół należał do domu Sióstr Rodziny Maryi, prowadzących znajdujący się obok Dom Dziecka przeznaczony dla dzieci z tzw. trudnych środowisk.

Miała to być „spokojna placówka” duszpasterska, ale praca na tym terenie nie była łatwa, parafianie byli reprezentantami bardzo różnych środowisk, jak to bywa w podwarszawskich miejscowościach. Rektorat obsługiwał starsze osiedle bloków i domów jednorodzinnych, szpital CZD i nowe osiedle personelu medycznego.

Tak opisuje to we wspomnieniach jeden z wychowanków ks. Józefa:

Obejmowana przez ks. Gniewniaka placówka była trochę zaniedbana. Kilkakrotnie zmieniali się na niej rektorzy, którzy nie zawsze żyli w zgodzie z siostrami prowadzącymi miejscowy Dom Dziecka (dla dzieci z trudnych rodzin, bo tylko takie ówczesne władze powierzały zakonnicom). Praca wymagała wiele taktu i wytrwałości. Nowy rektor zamieszkał w parterowym domu koło kościoła, zajmując trzypokojowe mieszkanie. Czwarty pokój obok został przeznaczony na kancelarię. W początkach było konieczne dokończenie remontu tego mieszkania. Ks. rektor otrzymał do pomocy siostrę Barbarę, która dbała o czystość i wyżywienie. W pracy duszpasterskiej pomagał mu jeden wikary.

Ks. Gniewniak przypadł do gustu siostrom, z którymi potrafił nawiązać przyjazne stosunki. Polubiła go też miejscowa młodzież. Odwiedzali go też często byli uczniowie z Warszawy. Wkrótce wznowił odprawianie czwartkowych mszy świętych, przeznaczonych głównie dla studentów. Przyjeżdżało na nie do kilkudziesięciu młodych ludzi z Warszawy, pojawiało się też coraz więcej studentów z Międzylesia.

Msze św. miały niepowtarzalny charakter, odprawiane przy świetle świec pod troskliwym okiem Matki Bożej z ikony w głównym ołtarzu międzyleskiej kaplicy. Serdeczne, ojcowskie homilie księdza, który trudne nieraz tematy potrafił przekazać w sposób jasny i zwięzły. Wspólny śpiew nowoczesnych piosenek religijnych przy wtórze gitary, na której grał Janusz K. lub Marek N. Do tych piosenek teksty na rzutnik przygotowywaliśmy początkowo we własnym zakresie, aby ograniczyć wydatki ubogiej parafii.

Po mszy większość uczestników przechodziła do mieszkania księdza, gdzie oprócz rozmów towarzyskich poruszane były różne tematy ważne dla kształtowania światopoglądu młodych ludzi. W jednym sezonie wspólnymi siłami zorganizowaliśmy kurs przedmałżeński. Było na to zapotrzebowanie ze względu na plany matrymonialne wielu osób z tego środowiska. Ksiądz związał ze sobą wiele małżeństw, później chrzcił dzieci swych uczniów, zamieszkałych nie tylko w Warszawie. Miał zwyczaj mówić: „najpierw ślub, później chrzest”.

W mieszkaniu księdza była duża ilość książek i pamiątek, których stopniowo przybywało. Ilość książek nie zmieniała się jednak zbytnio, gdyż w miejsce jednych zakupionych lub otrzymanych w prezencie inne wędrowały do nowego właściciela (ksiądz chętnie pożyczał je do przeczytania i nie zapisywał komu, więc nie wszyscy oddawali). Było też mnóstwo kwiatów, mieszkał pies przywieziony z Anglii imieniem Boy (zastąpiony potem przez następnego tej samej rasy i imienia) i początkowo kanarki (ale mniej niż na Ochocie). 19

Przyjaciel małych pacjentów

Objęcie rektoratu w Międzylesiu  oznaczało też całkiem nowe wyzwanie w życiu ks. Józefa –posługę duszpasterską w nowo otwartym i usytuowanym w pobliżu kościoła wielkim, nowoczesnym Centrum Zdrowia Dziecka. Tak wrażliwy na cierpienia dzieci kapłan postarał się, zaraz po uruchomieniu szpitala, o pozwolenie dyrektora na odwiedzanie małych pacjentów. Przychodził do nich odtąd codziennie, rano i wieczorem, obdarzając malców dobrym słowem, uśmiechem, żartem, przynosił im słodycze, wśród nich wielki wtedy rarytas – gumę do żucia; przede wszystkim jednak objął dzieci opieką kapłańską. Początkowo jego posługa była nieformalna, dopiero w 1983 r. uzyskał oficjalny status kapelana szpitalnego.

 

Wiele dzieci spędza w szpitalu całe miesiące – wyjaśniał szwedzkiemu dziennikarzowi, który towarzyszył mu podczas wizyty w CZD – bez odwiedzin rodziców lub krewnych. Po prostu często nie stać ich, lub brak czasu na przyjazd z bardzo odległych miejscowości. Dla tych dzieci moje odwiedziny są szczególnie ważne. (…)

Wiele dzieci tu w szpitalu cieszy się tak z gumy do żucia jak szwedzkie dziecko ze swego pierwszego roweru, mówi ks. Gniewniak i rusza do przodu oświetlonym korytarzem. Niektóre z dzieci, które odwiedza, były rano operowane. Oszołomione witają go uśmiechami. Na oddziale okulistycznym wiele dzieci ma opaski na oczach, co wcale nie przeszkadza im „widzieć”, kto je właśnie odwiedza. Świadczą o tym ciepło i pogodny nastrój, który od razu zapanował w pokoju.

- Najważniejsze w moich odwiedzinach, to dawać dzieciom Chrystusa w sakramencie, mówi ks. Józef – i dzieci też za tym tęsknią. Jest to dla nich jakby środek kojący.20

Aby obejść cały szpital, kapłan potrzebował kilku godzin dziennie. Było to dla niego bardzo wyczerpujące. Jednak nawet po odejściu na emeryturę, gdy był już bardzo schorowany, nie zaprzestał odwiedzin u małych pacjentów.

.

Przyznał kiedyś, że to właśnie dzięki pracy wśród chorych dzieci odkrył swoje prawdziwe powołanie. Z drugiej zaś strony, jego postawa i charyzmatyczna osobowość inspirowały nieraz  młodych ludzi, z którymi się wówczas zetknął, do dokonywania w przyszłości szczególnych wyborów życiowych.

Tak stało się np. w przypadku Marka Michalaka, który jako młody chłopak trafił na leczenie do CZD.  Byłem w ósmej klasie -  pisze Marek w swoich wspomnieniach21 – wtedy właśnie rozpoczęły się moje problemy zdrowotne. Nie tak groźne, jak się początkowo wydawało, ale znalazłem się w CZD w Warszawie (…) Nie wiedziałem wcześniej, że jest tyle dzieci chorych i kalekich…  Pierwsze spotkanie z ogromem nieszczęścia dzieci ciężko doświadczonych chorobą, niepełnosprawnych, często z tego względu odrzuconych – było dla młodego chłopca wielkim wstrząsem. Ale przezwyciężył to, zaczął nawiązywać przyjaźnie, pomagał innym chorym dzieciom, nawet bawił się z młodszymi kolegami. I jednocześnie, podobnie jak wszystkie dzieci na oddziale, niecierpliwie oczekiwał zawsze na odwiedziny księdza Józefa Gniewniaka. Przychodził on do małych pacjentów nie tylko z Komunią św., ale i ze słodyczami i ciepłym słowem. Szybko zdałem sobie sprawę, iż te słodkości to nie jest wcale takie nic. Bo przecież ktoś przyszedł, każdemu coś dał, zagadnął, potrzymał za rękę. Stwierdziłem, że to bardzo dużo daje…

Po powrocie z leczenia do domu Marek postanowił, zamiast zakładać w rodzinnym mieście fanklub księdza Gniewniaka, za jego przykładem zrobić coś dla chorych dzieci – dać małym pacjentom trochę radości i pociechy, ofiarować im serdeczne wsparcie w dniach i miesiącach choroby. Gdy znalazł sojuszników dla swej idei, wspólnie zaczęli działać na rzecz najmłodszych pacjentów. Z czasem, gdy inicjatywa się rozwinęła, założyli Koło Przyjaciół Dzieci Chorych „SERCE”. To dało początek Stowarzyszeniu o charakterze ogólnopolskim22. Obecnie dawny pacjent CSZ i fan księdza Gniewniaka – Marek Michalak ze Świdnicy, absolwent wydziału pedagogiki specjalnej na UW, pełni odpowiedzialną funkcję Rzecznika Praw Dziecka…

Jednak mówiąc o znaczącym wpływie duchowości  ks. Józefa na późniejsze losy i wybory życiowe jego wychowanków należałoby wymienić wiele jeszcze innych osób, a wśród nich Michała Wroniszewskiego, s. Małgorzatę Chmielewską (założycielkę wspólnoty Chleb Życia) czy Jerzego Grzybowskiego (założyciela i animatora warsztatów Spotkania Małżeńskie). I nie jest to pełna lista.

Duszpasterz i kwestarz

Powróćmy do Międzylesia. W 1985 r. władza duchowna erygowała tam parafię pod wezwaniem Imienia NMP i ksiądz Gniewniak został jej pierwszym proboszczem.

Ksiądz Józef miał za granicą znajomych i przyjaciół jeszcze z czasów wojny. Nie zezwalano mu jednak przez wiele lat na wyjazd – o paszport starał się od 1958 r. przez 10 lat. Niezrażony odmowami, mówił kiedyś, że czyni to wyłącznie „dla sportu”…

Po raz pierwszy dostał paszport dopiero w 1969 r. Pojechał wówczas do Rzymu, a stamtąd do Ziemi Świętej23. Kilka lat później wyjechał po raz drugi: do Szwecji, na zaproszenie siostry24. Później jeszcze kilkakrotnie jeździł za granicę: do Francji, Hiszpanii i Kanady, ale przede wszystkim do Szwecji, m.in. na leczenie. Znajomi wspomagali go tam materialnie, zamawiając intencje mszalne. Ze swej strony ks. Józef gościł paru szwedzkich licealistów na spływach w Polsce.25

Zawsze starał się podczas wyjazdów na Zachód „kwestować” na rzecz gromady swych podopiecznych  z parafii, choć nie tylko dla nich. Zdobywał  leki i środki sanitarne, a nawet aparaturę medyczną dla CZD, nadsyłano mu też transporty z odzieżą, z żywnością, szczególnie w trudnych latach 80.

Na terenie parafii Międzylesiu oprócz CZD znajdują się 2 domy dla dzieci upośledzonych i 2 domy dziecka – pisał szwedzki dziennikarz w cytowanym już reportażu. - Ksiądz Józef jest również bardzo mocno zaangażowany w niesieniu pomocy tym instytucjom.

Poprzez licznych przyjaciół w Szwecji organizuje pomoc  zdobywając rzeczy, których brak jest bardzo dotkliwy, a zdobycie których przez domy dziecka na własną rękę byłoby niemożliwe. Chodzi tu głównie o wózki inwalidzkie, pieluchy jednorazowe, preparaty witaminowe i zabawki.

- Któregoś dnia znalazłem pod moimi drzwiami paczkę, zawierającą nowoczesną aparaturę dla neurochirurgii, opowiada ks. Józef. Zostawił ją anonimowy ofiarodawca ze Szwecji.26

Przyjaźń z Karolem Wojtyłą

Istnieje bardzo wzruszające zdjęcie, które wisiało niegdyś w mieszkaniu księdza, przedstawiające papieża Jana Pawła II podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w serdecznym uścisku z ks. Gniewniakiem (pochodzi ono z 1980 r. z pielgrzymki ks. Józefa do Rzymu). Wówczas to Ojciec święty zagadał do ks. Józefa : „Siwiejemy razem”…27

Skąd wywodziła się znajomość obu duchownych?  Być może, jeszcze z czasów krakowskich, z okresu działalności w Sodalicji, ale jest bardziej prawdopodobne, że z czasów, gdy biskup Karol Wojtyła był metropolitą krakowskim.  

Nasz „Psor” lubił się z Wojtyłą – wspomina Michał Odyniec - wspominał kiedyś, jak na opłatku u  biskupa Wojtyły błysnął trafną uwagą (mówił jaką, niestety, pamiętam tylko że była trafna i sarkastyczna) i odtąd  Wojtyła "miał zawsze ma dla niego w Krakowie miejsce”.

U schyłku życia

Ksiądz Gniewniak należał do ludzi pragnących przede wszystkim służyć innym i nie dbał zbytnio o siebie. A dolegliwości zdrowotnych – po przejściach wojennych i obozowych - mu nie brakowało. Korzystał czasem z pomocy znajomych lekarzy, leczył się m.in. w położonym w pobliżu międzyleskiego kościoła Szpitalu Kolejowym (obecnie Szpital Specjalistyczny). Z wiekiem znacznie pogorszył mu się słuch, co mu doskwierało na co dzień. Najbardziej jednak dokuczało mu serce, jego stan był na tyle poważny, że ksiądz kilkakrotnie trafiał na OIOM.

Jedną z rzeczy, której obawiał się panicznie, było znalezienie się kiedyś w domu opieki dla starych księży. Szczęśliwie, gdy przeszedł  w 1993 r. na emeryturę, siostry zgodziły się, by dożywotnio mieszkał w dotychczasowym miejscu, w małym domku obok kościoła. Choć sił mu ubywało, nadal pełnił swoje duszpasterskie powinności.

Nie zapominali o nim jego uczniowie i wychowankowie. Gdy nadchodziły imieniny Józefa –wspomina Z. Szymański - obchody imieninowe trwały często przez tydzień. Ksiądz cieszył się z pamięci uczniów, którzy przyjeżdżali do Międzylesia z całej Warszawy i dalszych okolic. Co chwila też dzwonił telefon.

Pojawiało się mnóstwo kwiatów, które były wstawiane do wazonów i wiader, upominki, dużo ciast i słodyczy. Dopóki żyła siostra Barbara, pomagała zagospodarować produkty i przygotowywała herbatę. Później -  w latach dziewięćdziesiątych - brak już było takiej organizacji. Nieraz pomagali goście z własnej inicjatywy. Ksiądz był coraz słabszy, bardzo męczyły go długotrwałe wizyty gości. Ostatnio trudno mu było nawet poruszać się po mieszkaniu. Chętnie jednak zamieniał kilka słów, zwłaszcza z dawnymi uczniami. Trzeba było głośno mówić, bo miał słaby słuch. Wcześniej żartował, że do spowiedzi wszyscy podchodzą z tej strony, gdzie ma słabsze ucho.

Utrudzone serce tego niezwykłego duszpasterza zamilkło na zawsze pewnego sierpniowego dnia 2000 r. I choć był to środek wakacji, wiadomość o jego śmierci rozeszła się szeroko. Na uroczystości żałobne w Międzylesiu stawili się tłumnie ci, dla których był nauczycielem, wychowawcą, przyjacielem - wszyscy pragnęli osobiście go pożegnać.

Międzylescy parafianie ks. Józefa bardzo trafnie określili  w nekrologu istotę jego posługi duchowej: W swojej działalności pasterskiej ks. kanonik odważnie występował w obronie nieskazitelności wiary i moralności bez żadnych kompromisów. Zachęcał wiernych do dawania świadectwa wiary w życiu osobistym i społecznym. Cechowała go wielka miłość do kościoła katolickiego, Ojca św. Jana Pawła II oraz Ojczyzny. Był postacią wyjątkową w historii naszej parafii.28

Podobnie dziękowali zmarłemu duszpasterzowi byli uczniowie i wychowankowie:

To Ty swym mądrym słowem kształtowałeś naszą wiarę i życiową postawę. W Twych słowach była moc, bo stał za nimi przykład własnego życia.

***

Oprac. BKF

 

1 Zob. Józefa Radzymińska, Dwa razy popiół, Kraków 1970, s.101-102.

2 Zob. Regina Domańska, Pawiak. Więzienie gestapo. Kronika 1939-1944, Warszawa 1978, s.370.

3 R.A. Klinger: Chrystus mieszka w Międzylesiu, tłum.z jęz.szwedzkiego P. Wojtkiewicz.

4 O. Tomasz Rostworowski: Zaraz po wojnie. Wspomnienia duszpasterza (1945 – 1956), Warszawa 1988; str. 37.

5 Por. wywiad z ks. J. Gniewniakiem  zamieszczony w aneksie  książki ks. M. Szumowskiego  Duszpasterstwo Akademickie w Archidiecezji Warszawskiej w latach 1928-1992, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, Warszawa 2000;  str. 297.

6 Ks. Henryk Żochowski : Z dziejów kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP i  parafii Świętego Jakuba Apostoła w Warszawie na Ochocie 1918 -1998, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, Warszawa 1998; str.197.

7 Duszpasterstwo Akademickie w  Archidiecezji Warszawskiej… op. cit., rozdział 3.2.2.

8 Chodzi o Jerzego Grzybowskiego i jego książkę „Małżeństwo wciąż budowane” (Kraków 1996), którą nb. ofiarował ks. Gniewniakowi.

9 Op. cit. str. 142.

10 Op. cit. str. 142.

11 Z dziejów kościoła NMP oraz parafii św.Jakuba, op. cit. s.198.

12 Por. wspomnienia Władysława Judyckiego.

13 Zdaniem J. Grzybowskiego pierwszy spływ kajakowy odbył się w 1964 r. W 1963 r. był natomiast stacjonarny obóz w Łebie.

14 Obszernie o obozach wakacyjnych pisze w swoich wspomnieniach Zdzisław Szymański (Ochota-Wakacje-Krynica- Międzylesie).

15 Jerzy Grzybowski: Kilka wspomnień z duszpasterstwa akademickiego oraz grupy ministrantów przy parafii św. Jakuba w Warszawie,  z  lat 1964-1973.

16 Ks. M. Szumowski, op. cit. str. 146. Ks. H. Żochowski w cytowanym już opracowaniu w rozdziale pt. „Sprawa księdza Józefa Gniewniaka” (str. 218-219) przedstawia swoją interpretację wydarzeń.

17 Wspomnienia Elżbiety Galimskiej.

18 Wspomnienia Zdzisława Szymańskiego, op.cit.

19 Wspomnienia Z. Szymańskiego.

20 Cytat za: R.A. Klingerem Chrystus mieszka w Międzylesiu, op.cit.

21 „Pamiętniki serca”, pr. zbior., wydana w 1996 r.

22 Z historii powstania Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych „Serce” (lata 1987 – 1997), źródło: www.swidnica.com/spdc/historia.html

23 Wiadomość od J. Grzybowskiego.

24 Była to – według J. Grzybowskiego - jedyna krewna, z którą ks. Józef utrzymywał kontakt.

25 Por. wspomnienia Z. Szymańskiego.

26 Za R. A. Klingerem, op.cit.

27 Cyt. za wspomnieniem Michała Odyńca.

28 Z pisma „ Nasz Głos”- wyd. parafii  p.w. Imienia NMP w Warszawie-Międzylesiu, Nr 3/8/2002.