Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Ze wspomnień o ks. Józefie

Władysław Judycki (rocznik 1935, absolwent PW)

Księdza Gniewniaka poznałem w duszpasterstwie akademickim u św. Anny, gdzie bywałem na jakiś spotkaniach, o których organizacji czy rodzaju nie pamiętam. Również nie pamiętam, jak tam trafiłem. Prawdopodobnie było to w roku akademickim 1956/57. Nie pamiętam również, czy byłem tam pierwszy czy też ks. Józef był pierwszy. Na pewno bywałem u św. Anny na rekolekcjach i inauguracjach roku akademickiego. Z tej racji wysłuchałem ostatniego wystąpienia ks. Prymasa Wyszyńskiego przed aresztowaniem i po paru latach - pierwszego jego kazania po uwolnieniu.

Wcześniej ks. Gniewniak był  w parafii na Saskiej Kępie i stamtąd mogą go pamiętać Krysia Młoduchowska-Dziob, Irka Nadolna, Maryla Wielanier, czy Marysia Wiącek (po mężu Wielanier). Ci ludzie z Saskiej Kępy przyszli za księdzem do św. Anny i tam ich poznałem. Jaka była treść spotkań – nie potrafię sobie przypomnieć. Można jedynie powiedzieć coś o metodzie. Była to mała grupa spotykająca się w mieszkaniu księdza na jakimś szkoleniu i dyskusji.

W następnym roku po wakacjach ktoś z moich znajomych z akademika (mieszkałem przy pl. Narutowicza) przyszedł i powiedział: „ Tu przyszedł nowy ksiądz i ciebie szuka”. No to się zgłosiłem. Rzeczywiście, był to Gniewniak. Zaczął się wówczas okres pionierski w dosłownym znaczeniu. Ksiądz dostał do zagospodarowania budynek przylegający do ul. Barskiej. Nie pamiętam, ile lokali było tam do dyspozycji. Była to piwnica pełna gruzu. To właśnie odgruzowywaliśmy.

Do najbardziej aktywnych, których tam poznałem, należeli: Tadeusz Kalinowski (rocznik 1929  lub 30, architekt, po powstaniu wywieziony do Oświęcimia z matką, która tam zmarła).. Był autorem rozmaitych plakatów i ozdób w „naszej piwnicy”. Także Kazimierz Zieliński (1930, opóźniony student polonistyki, prawdopodobnie kształcił się w zawodzie technicznym na poziomie średnim, potem było wojsko, aż wreszcie - obudzone powołanie polonistyczno- pedagogiczne. Poznałem go wcześniej w grupie osób usiłujących stworzyć Akademicki Klub Katolików [AKK]  na U.W.) I Alek Koczyński (wtedy nazywał się inaczej, rocznik 1933; elektronik, później odpowiadał za urządzenia grające na potańcówkach, podstawowa instalacja elektryczna chyba też była przez niego nadzorowana). Dziewczyny także były, ale nie potrafię ich wymienić czy przypisać im konkretnych ról w tym początkowym okresie – bo nie pamiętam.

Piwnica i chyba jakieś pomieszczenia na poziomie „0” zostały wyremontowane pracą społeczną i prawdopodobnie środkami parafii, bo jacyś fachowcy musieli brać w tym udział. Piwnica służyła akademikom na „spotkania szkoleniowe”, czy też raczej duszpasterskie, a także jako miejsce organizowania zabaw towarzyskich, tzn. tańców, co budowało społeczność. Było to bardzo ważne, bo w tym czasie dopiero „wychodziliśmy z nocy” (tak zwykli mówić prominentni pisarze katoliccy, jak Zawieyski czy Gołubiew) dezintegracji społeczeństwa, z którą mieliśmy do czynienia do 1956 roku.

Nie pamiętam żadnych „wrażeń” lub treści kazań czy katechez, choć niewątpliwie musiały mieć na mnie wpływ, gdyż ks. Gniewniak należy do tych kilku ludzi, jakich spotkałem w życiu, którzy „mówili prawdę i powiedzieli mi o Bogu” (to jest taki jedyny rozumowy dowód na istnienie Boga). Rozmawialiśmy dość często i to późno wieczór. Powstało z tego nawet powiedzonko, trochę kąśliwe, ale przyjazne: „...i znowu przyjdzie Władzio po 23-ej”.

W taki to wieczór zdarzyło mi się być świadkiem pewnego zdarzenia. Byłem sam w mieszkaniu księdza, bo umożliwiał nam oczekiwanie tam na siebie, nie pamiętam już, na jakiej zasadzie. Ksiądz skończył dyżur w konfesjonale, wrócił, zdjął sutannę, z pasją cisnął ją w kąt i z wielką emocją wykrzyknął: „Ja rozumiem, że młody człowiek ma trudności z popędem... Ale jak ktoś przychodzi i mówi, że u spowiedzi był trzy tygodnie temu i od tego czasu dwa razy nie brał udziału w niedzielnej mszy św. – to ja tego nie-ro-zu-miem!”

Wydaje mi się, że najważniejszą dla mnie sprawą była sprawowana przez ks. Józefa  liturgia, tzn. msza św. recytowana, jak się to wtedy nazywało. Było to swoiste „oddolne” przygotowanie soborowej reformy liturgii. Sprawa nie była nowa, rozpoczęli ją benedyktyni jeszcze przed wojną. Publikowali oni mszał w językach narodowych, który pozwalał wiernym brać udział pełniejszy w tym, co dzieje się w czasie mszy św.

Na  mszach odprawianych przez ks. Gniewniaka w kaplicy znajdującej się pod schodami do ołtarza NMP w górnym kościele, z wejściem od strony ul. Barskiej, teksty Lekcji i Ewangelii były w odpowiednim czasie (po odczytaniu ich po łacinie przez kapłana) odczytywane przez kogoś świeckiego w języku polskim. Teksty ministrantury, Credo czy Pater Noster recytowano wspólnie po łacinie. Te msze miały stale rosnącą frekwencję.

Do głoszenia akademickich rekolekcji ksiądz Gniewniak zapraszał czasem bardzo znane i prominentne osoby. Do tych, których zapamiętałem, należał ks. prof. Włodzimierz Sedlak. Z samych rekolekcji nic już nie pamiętam, natomiast po rekolekcjach odbyło się spotkanie z ks. Sedlakiem w węższym gronie, tj. w naszej kaplicy, gdzie zawinszowaliśmy sobie, aby powiedział coś o małżeństwie. Przedstawiciel nauk prawie ścisłych zaczął swoją pogadankę od słów: „ Minimalny okres narzeczeński trwa trzy tygodnie, bo tyle potrzeba na ogłoszenie zapowiedzi” - dalej było sensownie, ale też dowcipnie…

Teraz kilka słów o ludziach kręcących się w orbicie księdza, czy też raczej - lgnących do niego: najpierw „ciocia Zosia”- osoba obecna na wszystkich imprezach, służąca pomocą przy organizacji zaplecza aprowizacyjnego. Wydaje mi się, że z nią jakoś związany był Jureczek, chłopak wówczas jeszcze ze szkoły podstawowej, który pochodził z rozwiedzionej rodziny żydowskiego pochodzenia. Tu został przygarnięty, aby go ratować jako człowieka. Charakterystyczne, że nie znałem nawet nazwisk obu tych osób - tak było bezpieczniej.

Na naszych mszach bywała parafianka, p. Stefania Śliwińska, której córki - Zosia i Basia - brały czynny udział w życiu grupy. Była też duża grupa dziewcząt z wydziału elektroniki i studentów wydziałów mechanicznych. Życzliwie obserwowali nas ludzie nieco starsi, którzy znali się z księdzem jeszcze z dawniejszych czasów, tacy jak np. Andrzej Grzegorczyk. Jego zainteresowanie miało trochę socjologiczny aspekt (choć to filozof i matematyk). Pamiętam pytanie Andrzeja, czy w tej grupie kojarzą się pary małżeńskie... Wtedy tego może nie wiedziałem, ale historia pokazuje, że tak. Trudno byłoby i pewnie nie potrzeba wymieniać tych kilkunastu par, które skojarzyły się właśnie w trakcie „bywania u Józia”. Niektóre się nie udały... Ale na ogół są to dobre, a nawet bardzo dobre rodziny.

Jeszcze jedno zdarzenie świadczące o rozległych i przyjacielskich stosunkach z ludźmi z bardzo różnych środowisk, a także o potrzebie pewnego kamuflażu. Byłem na jakichś imieninach w domu wspomnianej wyżej p. Ś. (wydaje mi się, że były to imieniny Stefanii, ale okoliczności wskazywałyby raczej na Zofię). W pewnym momencie zjawił się ksiądz Gniewniak w towarzystwie jakiegoś pana, który został przedstawiony jako przyjaciel. Posiedzieli „jedną herbatę” , po czym ksiądz zaczął zdejmować sutannę i poprosił gospodynię o jej przechowanie. Zdałem sobie sprawę, że ciemne garnitury, trochę pomięte, nie bardzo leżą, a oni są niezwyczajni je nosić. Okazało się, że towarzysz księdza to wysoki oficer WP, pracownik WAT, który zabierał księdza na domową uroczystość z okazji pierwszej Komunii jego córki. Prawdopodobnie niezbyt właściwe było wychodzenie w cywilu w takim towarzystwie z budynków parafialnych…

I jeszcze - Jaszczurówka. Gdy zaczęto organizować letnie wyjazdy w góry, byłem już człowiekiem pracującym i urlopy wykorzystywałem na zajęcia sportowo-żeglarskie, tak że w nich nie uczestniczyłem. (Tu ciekawostka osobista: żonę swoją, Krysię, poznałem w żeglarstwie i potem okazało się, że też była uczestniczką spotkań u Gniewniaka, ale tam jakoś nie zauważyliśmy się.) Byłem natomiast raz lub dwa z księdzem na wyjeździe zimowym. Na jednym z takich zimowisk doszło do spotkania ze sławnym ks. Pirożyńskim, który rezydował w Zakopanem. Ze spotkania pamiętam jedynie to, że nie okazał się taki groźny, jak się o nim mówiło, być może wynikało to z wieku. Był to wtedy już  mocno starszy pan.

Organizowane były pielgrzymki na Jasną Górę; bywało to w maju w latach 1957 – 59. Brałem udział w dwóch. Jedna była autokarowa, z ogniskiem w powrotnej drodze. Na drugą pojechaliśmy koleją. Tę pamiętam lepiej. Wiem, że z Piotrem Lenartowiczem służyliśmy do mszy św. biskupowi Karolowi Niemirze w Kaplicy Cudownego Obrazu i to na pewno spowodował  Gniewniak, który nas wyznaczył. Ta msza św. była bardzo wielkim przeżyciem, bo nigdy dotąd nie widziałem kogoś tak sprawującego liturgię.

Był tam wówczas obecny na pielgrzymce  o. Tomasz Rostworowski, a ja zrobiłem zdjęcia. Było m. in. bardzo ładne zdjęcie ks. Gniewniaka w towarzystwie o. Tomasza, które przekazałem niedawno do archiwum oo. Jezuitom.

O inwigilacji

Schematy działań SB znam z opowiadań i dość sporej literatury wspomnieniowej. Zawodowi agenci bywali nasyłani do rozmaitych grup czy środowisk. Taki ktoś był trzymany w ryzach przez świadomość, że jest w tym samym miejscu drugi agent, ale nie wiedział, kto to jest. Taki podwójny system gwarantował natychmiastowy donos, gdy coś się działo. Ta metoda była stosowana powszechnie w zakładach pracy. Inna polegała na werbunku ludzi, którym coś się przytrafiło, np. ktoś popadł w długi lub przeskrobał coś, za co groziły poważne konsekwencje. Wtedy proponowano tym osobom pomoc lub darowanie kary w zamian za współpracę. W takich środowiskach jak duszpasterstwo esbekom chodziło często o wykazy uczestników rozmaitych działań czy zajęć lub wyjeżdżających pod opieką duchownych. Przypomnijmy tu choćby z tych czasów walkę o dzienniki lekcyjne przykościelnej nauki religii... Stąd w AKK sformułowano postulat „nie będziemy sporządzać spisów katolików”.

Jeden z przypadków inwigilacji dotyczy naszego towarzystwa. J. był trochę młodszym kolegą, dość aktywnym i lubianym. Zdarzało się, że zwracał się do mnie jako starszego o jakąś radę lub też zwierzał się z jakiś swoich działań. Kiedyś z kilku kolegami z wydziału jakoś zmanipulowali wybory, ale sprawa wydała się i J. o mały włos nie wyleciał z uczelni, będąc już na finiszu - na 4. czy 5. roku. Było to w czasach, gdy bywałem u św. Jakuba rzadko. Spotkałem się z J. i padło pytanie: „Dlaczego Józio uważa mnie za konfidenta?” Nie było to właściwie pytanie, a ubolewające stwierdzenie. Choć nie miałem o sprawie pojęcia, powiedziałem mu, że gdybym był na miejscu „ubecji”, to bym go do takiej współpracy wziął, bo taki facet z kłopotami z powodu nieuczciwych wyborów to dobry kandydat. W tym momencie kolega J. „pękł” i potwierdził moje przypuszczenie, opowiadając o kawiarnianych rozmowach z prowadzącym oficerem, p. Czesławem. Niedługo potem widziałem się z księdzem Józefem i zgadało się na ten temat. Dowiedziałem się, że J. zwrócił się do niego o jakiś spis osób wyjeżdżających na obóz czy też zaangażowanych w coś innego. Ksiądz mu odmówił, i to głównie dlatego, że J. nie chciał czy nie potrafił wyjaśnić, po co mu to potrzebne. Na drugi dzień przyszedł do księdza w tej samej sprawie inny kolega, mało „lotny”, a będący pod wpływem J. To księdzu Józefowi wystarczyło…

* * *