Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Kilka wspomnień z duszpasterstwa akademickiego oraz grupy ministrantów przy parafii św. Jakuba w Warszawie z lat 1964-1973

Jerzy Grzybowski

Prekursor posoborowej odnowy

Ks. Józef Gniewniak był jednym z prekursorów posoborowej odnowy liturgicznej. Kiedy nie było jeszcze oficjalnie zatwierdzonych tłumaczeń tekstów liturgicznych, wprowadził, w czasie Mszy św. „akademickiej” o 9.00 rano, równoległe z kapłanem, czytanie tłumaczeń nieoficjalnych przez lektorów w języku polskim. Wyglądało to tak, ze niektóre części Mszy św. ksiądz  Gniewniak mówił półgłosem po łacinie, zaś lektor równocześnie do mikrofonu mówił to samo po polsku. Dotyczyło to spowiedzi powszechnej (czyli Confiteor), Prefacji, Chwała na wysokości Bogu..., wprowadzenia do Ojcze nasz (Wezwani zbawiennym nakazem...) oraz samej Modlitwy Pańskiej, a także modlitw przed i po Komunii Świętej. Przez długi czas ja byłem lektorem większości tych czytań i te recytacje odegrały ogromną rolę w pogłębieniu mojego przeżycia więzi z Bogiem poprzez Eucharystię. Słyszenie tekstów tych modlitw w języku polskim miało ogromne znaczenie ewangelizacyjne dla młodzieży szkolnej i akademickiej. 

Po wydarzeniach marcowych w 1968 r.

Kościół w czasie Mszy św. akademickiej był zawsze przepełniony. W mojej pamięci utkwiła szczególnie Msza św. na Wielkanoc w 1968 roku. Było to bezpośrednio po wydarzeniach marcowych, jeszcze w czasie represji na uczelniach.   Pamiętam do dziś po przeszło 40 latach  kazanie, w którym ks. Gniewniak rozważał Drogę Krzyżową, ale dla wszystkich było  zupełnie oczywiste,  że podmiotem jego kazania jest również młodzież akademicka,  jak Chrystus fałszywie oskarżana, jak Chrystus bita, prowadzona przed sędziów w stylu Kajfasza czy Piłata, krzyżowana za prawdę, młodzież, która jednak jak Chrystus  zmartwvchwstanie.... Kilka razy w czasie tego kazania powtórzył: „W tych trudnych dniach módlmy się za polską młodzież  akademicką”. W kościele była  cisza „jak makiem zasiał”. To było bardzo ważne kazanie w tamtej epoce.

Migawki ze spływów kajakowych

Ks. Józef Gniewniak ujmował ludzi swoją wiedzą,  mądrością,  szacunek wzbudzał pięcioletni pobyt w Oświęcimiu. Ma na ramieniu wytatuowany jeden z najniższych numerów. A wyszedł dopiero pod koniec wojny. Jako kapłan był człowiekiem, który w chwili słabości potrafił dać świadectwo swojego człowieczeństwa i prostolinijności. Na spływach kajakowych bardzo przestrzegał, by młodzież nie przeklinała. Za każdą „cholerę” trzeba było zapłacić 5 zł do obozowej kasy.  Kiedy w jakiejś sytuacji stresowej bardzo się zdenerwował i wrzasnął: „Do jasnej cholery, co jest z wami...!”,  za chwilę, przy wszystkich, wpłacił do kasy złotych pięćdziesiąt.

W czasie spływów codziennie była Msza św. Ks. Gniewniak odprawiał ją na ogół w dużym namiocie, z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa przed tropiącym nas UB. Instrukcja była taka, że jeżeli zbliżałby się ktoś podejrzany, to dyżurny miał opuścić zasłonę werandy namiotu. Ksiądz miał dokończyć Eucharystię w środku, a my mieliśmy się rozejść. Nie pamiętam jednak, aby kiedykolwiek ta instrukcja musiała zostać zrealizowana. Milicja nas odwiedzała, ale o innych porach. Pamiętam natomiast, jak bodaj nad jez. Zyzdrój, w 1964 roku, ktoś z uczestników naszego spływu usłyszał rozmowę kilkuosobowej grupy osób, która rozbiła namioty jakiś kilometr od nas, że jutro niedziela, a oni nie wiedzą, gdzie jest kościół. „Profesor” zdecydował, żeby ich zaprosić. Przyszli na naszą mszę i zostali potem na ognisku.Było to bardzo radosne wydarzenie. Czasem msza odprawiana była zupełnie poza namiotem. Ołtarzem był  stolik turystyczny, a że był niski, podnosiliśmy go czasem wyżej, na wiosłach przywiązanych do drzew. Bardzo ważne w czasie tych spływów były ogniska wieczorne, podczas których śpiewaliśmy i często były okazje do rozmów także na poważne tematy. Kończyła je zawsze modlitwa.

A z milicją to było raz tak, że pytającym nas po drodze, gdzie kończymy spływ, a było wielce prawdopodobne, że pytają nas tajniacy, mówiliśmy, nawet rozgłaszaliśmy, że płyniemy do Mikołajek. Po wpłynięciu na jez. Bełdany, zamiast popłynąć na północ do Mikołajek, skręciliśmy na południe do Kowalika Piskiego koło Rucianego, by szybko rozjechać się do domów. Kajaki w ukryciu czekały na następny turnus, który jakoś wiedział, że ma przyjechać do Rucianego... Podobna zabawa w kotka i myszkę miała też miejsce w Tatrach, gdzie ks. Gniewniak chodził z młodzieżą wcześniej, to jest przed 1963 rokiem.

Protesty na wiadomość o zamierzonym przeniesieniu do innej parafii

W drugiej połowie moich studiów należałem do grupy młodzieży najbliżej z nim związanej. Kiedy usłyszeliśmy, że ma być przeniesiony do innej parafii, zaprotestowaliśmy.

Nasza grupa była inicjatorem listu do księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego z prośbą o pozostawienie ks. Gniewniaka w parafii św. Jakuba. Pod listem z dnia 5 czerwca 1971 r. podpisało się około 200 osób. Osobiście, wraz z koleżanką, studentką Grażyną Szmelik, zaniosłem ten list na Miodową. O ile pamiętam, inna grupa z naszej parafii także wystosowała później podobny list.

Były też prośby indywidualne. Ludzie chodzili do Kurii i prosili... Odniosło to skutek, gdyż ks. Gniewniak pozostał jeszcze w parafii przeszło dwa lata. Jednakże bezpośrednim powodem przeniesienia najpierw na urlop zdrowotny, a później do Międzylesia nie była ingerencja władz komunistycznych,  choć dokuczały mu one bardzo.