Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Moje wspomnienia

Zdzisław Szymański

Ochota

Księdza Józefa Gniewniaka poznałem w okresie szkoły średniej, w końcu lat sześćdziesiątych ub. wieku. Wcześniej chodziłem na religię w parafii św. Jakuba do ks. Karolaka, w tym zaś okresie trafiłem wraz z całą grupą do ks. Gniewniaka. Sposób prowadzenia przez niego lekcji był charakterystyczny. Najpierw krótki film rysunkowy (ok. 10 min.) - często z serii FOO-FOO, pożyczony z konsulatu czy ambasady, a wyświetlany na projektorze 16 mm - już dość starym, ale sprawnym. Miało to zachęcić młodzież do regularnego i punktualnego przychodzenia na lekcje i chyba przynosiło rezultaty. Salka w podziemiach domu katechetycznego była pełna. Później wybrany temat, w którym ksiądz łączył program nauczania z odpowiedziami na pytania, zbierane zwykle na początku roku szkolnego wśród uczniów w formie pisemnej. Ksiądz mówił krótko i interesująco. Na lekcjach rzadko były używane zeszyty, uzupełnialiśmy je okresowo pod dyktando księdza (służyły głównie po to, aby wykazać się władzom kościelnym).

W niedziele ks. Gniewniak odprawiał zawsze msze św. o godz. 9, przeznaczone dla młodzieży szkół średnich i studentów. Przychodziłem na nie niezbyt często, jako że to wczesna pora. Na tych mszach ksiądz wprowadzał elementy liturgii w języku polskim, jako pierwszy w Warszawie a może i w całej Polsce. W tym celu starał się usilnie uzyskać zezwolenie najwyższych władz kościelnych w Polsce, oczywiście z kardynałem Wyszyńskim na czele, i stopniowo rozszerzał zakres języka polskiego. Na msze przychodziło dużo młodzieży, która później grupowała się na ulicy przed kościołem. Ksiądz szybko przebierał się i wychodził, aby porozmawiać ze znajomymi.

W karnawale ksiądz organizował dyskotekę dla młodzieży w podziemiach domu katechetycznego (była tam trochę większa sala). Przychodzili na nią studenci i trochę licealistów. Można było pobawić się w swobodnej, swojskiej atmosferze. Impreza kończyła się zwykle koło północy, bo okoliczni mieszkańcy trochę narzekali na hałas.

Bardzo trafionym pomysłem były msze święte przeznaczone głównie dla młodzieży w wieku studenckim w czwartki o godz. 20, tj. w porze wyświetlania przez telewizję filmów kryminalnych (rzadkich wówczas w repertuarze). Miejscem odprawiania tych mszy była kaplica Zmartwychwstania Pańskiego w podziemiach kościoła, która - oświetlona tylko świecami - robiła wrażenie katakumb. Atmosfera była niepowtarzalna, a ksiądz wygłaszał bardzo serdeczną homilię, zrozumiałą dla wszystkich. Mówił jak dobry ojciec. Przychodziło mnóstwo ludzi, czasem trudno było się wcisnąć (nawet do 200 osób). Śpiewaliśmy nowe piosenki religijne zwykle przy wtórze gitary, tekst zaś był wyświetlany na ścianie kaplicy przechodzącej łagodnie w sufit. Obowiązywał znak pokoju przez podanie ręki, czego nieraz brakuje na ogólnych mszach świętych. Bardzo duża część uczestników przystępowała do komunii świętej. Chodziłem też na prowadzone przez niego konwersatoria dla studentów.

Ksiądz zwracał uwagę na podstawowe sprawy dotyczące praktyki religijnej, można powiedzieć że tworzył ducha wiary. Nigdy nie był drobiazgowy, wiedział że młodość ma swoje prawa i słabości. Pewnych granic nie można jednak było przekroczyć (niektórzy nie podporządkowujący się podstawowym zasadom odczuli to na własnej skórze - ksiądz miał ciężką rękę, potem jednak nikt nie zgłaszał pretensji). Gdy był w dobrym humorze, to także można było dostać ręką po plecach (dotyczyło to tylko chłopców) - taki serdeczny gest, choć większość wolała go uniknąć.

Ksiądz mieszkał na piętrze bloku obok kościoła wraz z psem (dość dużym, białym, kudłatym i grubym - gdyż pan nie potrafił odmówić mu dobrego jedzenia) oraz z setką kanarków, które zajmowały całą ścianę w małym pokoju. Przy obsłudze zwierząt często pomagali uczniowie. W ostatnim okresie pobytu na Ochocie kanarków zaczęło ubywać, a pies zakończył żywot, zastąpiony wkrótce przez rasowego psa przywiezionego z Anglii imieniem Boy.

Poza tym w mieszkaniu było dużo książek i pamiątek. Ksiądz chętnie pożyczał książki uczniom - nie zapisywał ich, toteż nie zawsze wracały z powrotem. Na strychu bloku okresowo był przechowywany sprzęt turystyczny używany na spływach (kiedy indziej na strychu domu na osiedlu Staszica, chyba przy Dantyszka).

Wakacje

Zanim poznałem księdza Gniewniaka, organizował on obozy w Tatrach oraz spływy kajakowe na trasie Czarnej Hańczy, na Krutyni wraz z wielkimi jeziorami mazurskimi, a wcześniej także na innych rzekach. Trasa spływu musiała być dostatecznie długa dla zapewnienia programu na 2 tygodnie, niezbyt trudna - gdyż znaczna część uczestników uczyła się wiosłowania właśnie na tych spływach, a także pozwalać na znalezienie biwaków dla dużych grup. Bywały spływy złożone z 3 turnusów dwutygodniowych, a wyjeżdżało na nie nawet do 80 uczestników. Studenci mieli wolny wstęp na spływy, natomiast udział licealistów wymagał zgody księdza (o którą zresztą nie było trudno). Mile widziane były dziewczyny, gdyż wśród studentów związanych z duszpasterstwem akademickim Ochoty przeważała płeć brzydka. Oprócz zwykłych uczniów ksiądz zabierał zwykle na spływ 2-3 osoby młodzieży z trudnych rodzin. Tak pomyślana resocjalizacja przynosiła chyba dobre rezultaty.

Podczas zapisów na spływ nie grały roli pieniądze - ksiądz nie narzucał wpłacanej składki. Jeżeli kogoś nie było stać na pełny koszt (zresztą nie wygórowany), to mógł liczyć na dofinansowanie. Na wiosnę ks. Gniewniak starał się uzyskać jakieś pieniądze od władz kościelnych, np. od ks. prymasa Wyszyńskiego. Podejrzewam też, że dużo dokładał z własnych oszczędności.

Na wakacjach ksiądz chodził w cywilu i starał się uchodzić za nauczyciela, stąd wzięło się obowiązujące określenie „Profesor” (przy takich masowych imprezach używane przez niektórych księży określenie „wujek” było nierealne). Młodzi mogą nie wiedzieć, że prowadzenie jakichkolwiek imprez turystycznych przez księży było nielegalne. Pomimo pewnej konspiracji władze komunistyczne deptały Profesorowi po piętach, kiedyś kazano mu rozwiązać obóz w górach.

Ja wyjechałem po raz pierwszy na spływ z Profesorem w 1972 roku, już po pierwszym roku studiów. Co prawda proponował mi wyjazd rok wcześniej, ale miałem właśnie na głowie egzaminy wstępne. Przed wyjazdem wziąłem udział w łataniu kajaków, które odbywało się na terenie koło kościoła. Profesor miał 17 kajaków składanych ze sterami: typu Neptun, Pax i jeden z demobilu, o nietypowej konstrukcji, zwany Cholernym Światem (każdy miał swoja nazwę, przeważały imiona żeńskie). Kajaki były wyposażone w wiosła (przeważnie nie składane) i kapoki używane zwykle do siedzenia, które były w niezłym stanie, gdyż podmieniali je w wypożyczalni zapobiegliwi spływowicze. Kajaki zaś były już mocno podniszczone, z dużą ilością łat - zwłaszcza po spływie jakiejś grupy na Dunajcu, więc brały wodę o ile ktoś bardzo starannie ich nie wykleił. Ich stan znacznie pogorszył się po tym, gdy jakiś „inżynier” (pełniący rolę zastępcy do spraw technicznych) kazał pomalować płótno cynkorem celem impregnacji (zesztywniałe płótno zaczęło wtedy pękać). Także stelaż kajaków często wymagał naprawy. Wówczas przeglądało się także namioty, które czasem trzeba było zeszywać. Typowy namiot był bez przedsionka, z wejściem sznurowanym na pętle ze sznura lub tasiemki. Spało w nich tyle osób, ile zmieściło się materacy. Materac dmuchany był obowiązkowym wyposażeniem uczestnika, natomiast śpiwór można było zastąpić przez 2 koce. Jeżeli było za dużo namiotów zawiezionych na spływ, to najgorsze zostawiało się na przechowanie u jakiegoś gospodarza na trasie (później raczej nie miał kto ich odebrać).

Oprócz remontu przez ostatni miesiąc przed wyjazdem trzeba było gromadzić prowiant, korzystając ze znajomości w sklepach i informacji, że gdzieś rzucili towar. Konieczne było zabranie konserw obiadowych i śniadaniowych na prawie cały wyjazd, poza tym sałatek w słoikach, zup w proszku i kisieli. W ostatnich latach zdobyte wspólnym wysiłkiem produkty spożywcze gromadziło się w salce katechetycznej przy Barskiej, już po zakończeniu roku katechetycznego. Wszystko pakowało się do kartonów. W ostatniej chwili trzeba było dokupić ziemniaki, chleb, po czym przewieźć cały prowiant i sprzęt turystyczny ciężarówką do Sorkwit (ostatnie spływy odbywały się na Krutyni). Tam Profesor wypożyczał zamówione wcześniej, brakujące kajaki. Później należało je oddać w wypożyczalni w Rucianem - Nidzie.

Pierwszy turnus zaczynał się zwykle w ostatnich dniach czerwca. Tymczasem ja 30 czerwca 1972 r. miałem na Politechnice ostatni egzamin. Po uzgodnieniu z Profesorem miałem dojechać na pierwszy postój nad jez. Kujno. Miejsce to, położone na łące i niezbyt odległe od Sorkwit, było wybrane celowo, aby utrudnić ściganie nas przez milicję - bowiem rzadko która grupa zatrzymuje się na biwak po 2 godzinach płynięcia. Dodatkową zaletą krótkiego etapu był fakt, że przydzielone do przewożenia prowianty i namioty można było wepchnąć do kajaka w przypadkowy sposób, przemyślane pakowanie pozostawiając do następnego dnia.

Dojeżdżałem wraz z dwiema osobami: Grażyną i Krzysztofem. W nocnym pociągu do Olsztyna było ciasno, ale zdobyliśmy miejsca siedzące. Gorzej było z bagażami: w wagonie bez przedziałów było mało półek, więc dużo rzeczy stało pomiędzy nogami. Po przesiadce w Olsztynie dalszy dojazd do Mrągowa odbył się już w lepszych warunkach. Tu znaleźliśmy się wczesnym rankiem. Okazało się, że na PKS w odpowiednim kierunku trzeba czekać kilka godzin. Poszliśmy więc na skrzyżowanie dróg łapać okazję. Wkrótce pojawiły się puste traktory wracające z miasta (każdy z 2 przyczepami). Zabraliśmy się po 1 osobie do kabiny każdego traktora, zaś z tyłu jechał jeszcze czwarty – tylko z kierowcą. Okazało się, że kierowcy wiedzą, gdzie znajduje się obóz (chociaż Profesor starał się rozbić obóz dyskretnie w nietypowym miejscu). Stanęliśmy na szosie przy polnej drodze, przeszło kilometr od obozu. Wtedy dałem kierowcy parę złotych na piwo. On z wdzięczności postanowił dostarczyć nas na miejsce, do czego namówił kolegów.

Gdy pojawiliśmy się w obozie, ludzie właśnie wstawali. Profesor wybiegł przerażony myśląc, że to milicja chce likwidować spływ. Wskazywały na to wjeżdżające na łąkę 4 traktory, każdy z dwiema pustymi przyczepami. Dopiero nasza obecność wyjaśniła sytuację.

Dostałem zaraz przydział kajaka wraz z załogą - licealistką Dorotą (obowiązywała nomenklatura: kapitan i załoga kajaka), a wkrótce po śniadaniu załadowałem go. Podczas płynięcia okazało się, że kajak nie jest zbyt szczelny. Miał też źle wyregulowany ster, co przy moich ograniczonych umiejętnościach wioślarskich sprawiło, że nieraz ocierałem się o brzeg wąskiej rzeki, narażając się przy okazji na krytyczne uwagi załogi. Kajak wyszykowałem na kolejnym postoju na tyle, że prawie nie ciekł. Więcej czasu zajęło mi nauczenie się prawidłowego wiosłowania, gdyż nikt nie potrafił mi wyjaśnić, na czym polega jego istota. W zasadzie stałem się samoukiem. Załoga z kolei nie miała chęci przykładać się do wiosła, wolała wykonywać na pokładzie bardziej interesujące zajęcia - w rodzaju opalania, lektury czy pisania korespondencji. Na to już nie było rady.

W dniu płynięcia Profesor mobilizował uczestników do szybszego pakowania się, a gdy sam był gotów rozlegał się okrzyk np. „Za dwie minuty odpływamy!”. Któryś z uczestników musiał odkrzyknąć „Za dwie i pół!”. W istocie Profesor odpływał za jakieś pół godziny, z tymi uczestnikami którzy pakowali się sprawniej. Miał na pokładzie któregoś z najmłodszych chłopców i psa. Płynął zawsze pierwszy i nie wolno go było wyprzedzać. Byłoby to jednak trudnym zadaniem, gdyż doskonale wiosłował. Potem stopniowo pakowali się i odpływali pozostali uczestnicy. Trwało to co najmniej pół godziny. Na końcu płynął ktoś doświadczony ze sprzętem technicznym, kto jednocześnie zaganiał maruderów. Czasem zdarzało się, że ktoś na rzece złapał dziurę i trzeba było prowizorycznie ją załatać przed dalszym płynięciem. Na trasie stawka bardzo rozciągała się, a w przypadku długiego etapu uczestnicy dobijali nawet przez dwie godziny.

W trakcie etapu zwykle było drugie śniadanie. Czasem robiło się kanapki na brzegu, kiedy indziej zaś kajaki robiły tratwę na jeziorze i wachta podawała kanapki do sąsiednich kajaków. Napoje natomiast (np. herbatę ze śniadania) należało wozić ze sobą.

Każdy woził przydział żywności lub sprzętu podzielony wg asortymentu, np. konserwy obiadowe, ziemniaki, makarony, chleby. Nikt nie był samowystarczalny pod względem żywności, co ograniczało ilość nadużyć w postaci pożarcia bez zezwolenia jakichś trudnych do zdobycia prowiantów. Natomiast zawsze można było dożywić się chlebem z dżemem lub smalcem domowej roboty (którego słoik miał obowiązek przywieźć każdy z uczestników). Profesor dbał, aby nikt nie odczuł prawdziwego głodu - był na to wyczulony po pobycie w obozach koncentracyjnych.

Na początku spływu było bardzo dużo bagażu i trudno było pomieścić go w kajakach (szczególną trudność sprawiało to nowicjuszom). Najchętniej przewożonym towarem były niskie puszki - ułożone na podłodze zajmowały mało miejsca, a ponadto chroniły rzeczy osobiste przed zmoczeniem przez sączącą się wodę. Kajak składany dawało się wykleić aby był szczelny (o ile kapitanowi się chciało), gorzej było z drewniakami, które zawsze brały trochę wody przez połączenia sklejki. Najgorzej było na początku, zanim wysuszone kajaki namiękły w wodzie. Później musiały stać na wodzie dzień i noc, aby szpary w dnie ponownie się nie powiększyły. Potem odkryłem, że najlepiej uszczelnić drewniane kajaki szpachlówką nitrocelulozową, niestety w tamtych latach była ona prawie nieosiągalna. Niektórzy zdesperowani spływowicze używali do uszczelnienia kajaków smołę zeskrobaną na szosie.

Rzeczy osobiste, a szczególnie śpiwór, należało umieścić w workach foliowych chroniących je przed wodą - sączącą się do kajaka, kapiącą z wioseł lub wpadającą z deszczu. Kłopot w tym, że worków takich nie można było nigdzie kupić, trafiały się tylko wraz z zakupioną odzieżą. Ja pływałem początkowo Neptunem, który po wyklejeniu prawie nie ciekł. Woziłem więc chleb. Czasem płynąłem na pusto, natomiast jeżeli udało się zdobyć chleb w jakimś sklepie na trasie, to wypełniałem kajak po brzegi. Rok później z kolei wyremontowałem sobie w Warszawie PAX-a o nazwie Isia, który dzięki moim staraniom okazał się szczelny.

Normalną praktyką było zamawianie chleba w sklepie na następny dzień, choć nie na każdym postoju było to możliwe. Potem trzeba było przynieść go w workach żeglarskich, nieraz kilka kilometrów. Jeżeli okazał się świeżo wypieczony, to znikał w obozie w błyskawicznym tempie, a Profesor miał poważne zmartwienie skąd wziąć następny. Czasem udawało się kupić świeże produkty śniadaniowe, zwłaszcza żółty ser. Trudno zaś było zdobyć jajka dla tylu uczestników, choć i na to znajdowały się sposoby. Brakowało też ziemniaków. Nad jez. Mokrym (nie pamiętam - w 72 czy 73 roku) Profesor ogłosił, że kto zdobędzie jajka, otrzyma premię pieniężną. Wówczas kolega zwany Sajmonem wybrał się do sąsiedniej wsi. Wieczorem wrócił na motocyklu prowadzonym przez tubylca wioząc dużą ilość jaj (przynajmniej kopę). Potem zrobili jeszcze jeden kurs po worek ziemniaków. Zapytany jak tego dokonał przyznał się, że postawił gospodarzowi flaszkę. Gdy ją opróżnili, tamten ujęty honorem postawił następną, a potem załatwili towar po sąsiedzku.

Podczas płynięcia zwykle zatrzymywaliśmy się koło wsi, w której był sklep. Wybierało się do niego służbowo kilka osób, które miały za zadanie kupić najbardziej potrzebne produkty (jednej osobie nie sprzedano by dużej ilości). Pozostali zaś robili potem prywatne zakupy. Po tym sklep pozostawał ogołocony z towaru, a inni klienci odchodzili z kwitkiem. Nieraz po zaopatrzenie wybierały się puste kajaki z dobrą załogą, po wyładowaniu bagażu na postoju - tak było np. nad jez. Kierwik, skąd wracało się pod prąd rzeką do Spychowa.

Obiady oraz herbatę do innych posiłków gotowało się zawsze w wielkich garach na ognisku. Zawieszało się je używając drutu na specjalnych, mocnych podporach z kątowników wbitych w ziemię i poprzeczkach z rurek (ważyło to od cholery, więc nieszczęśliwy był ten kto je woził). Profesor miał co prawda butlę z gazem, ale służyła tylko w celach awaryjnych. Po przypłynięciu do miejsca biwakowania i opróżnieniu kajaków panowie mieli za zadanie iść do lasu w poszukiwaniu opału. Należało to wykonać w zasadzie przed rozbiciem namiotu, chyba że pogoda była niepewna. Zbierało się grubszy chrust, a przy jego braku trzeba było odrąbywać suche gałęzie drzew lub ścinać całe suche drzewa. Ścinanie żywych drzew było zakazane. Rąbaniem opału i podkładaniem do ognia zajmowała się już wachta. Nad merytorycznymi sprawami czuwała szefowa kuchni - zwykle doświadczona osoba kończąca studia lub starsza. Ona też musiała orientować się w stanie zapasów żywności.

Na niektórych biwakach (szczególnie koło Rucianego) były trudności z opałem, trzeba było chodzić bardzo daleko lub wspinać się na drzewa i odrąbywać suche gałęzie. Z kolei na jez. Zyzdrój staliśmy na wyspie - wówczas jeszcze dość gęsto zarośniętej i nie zdewastowanej. Stamtąd trzeba było pływać po drewno na stały ląd. Po zgromadzeniu grubszych gałęzi i zrąbaniu suchych, mniejszych drzew trzeba było je częściowo porąbać i ciasno załadować na kajak. Wracało się wysoko wyładowaną ciężarówką uważając, aby wiatr jej nie wywrócił. Większe pnie trzeba było zwodować i przyholować na lince za kajakiem.

Wodę do gotowania posiłków nabierało się zwykle na środku jeziora. Czasem korzystaliśmy ze studni, jeżeli była w pobliżu. Pamiętam konkurs na szybkość gotowania wody na ognisku. Silna grupa zagotowała gar mieszczący dwa wiadra w ciągu 12 minut. W tym celu trzeba było obkładać gar suchym drewnem ze wszystkich stron i machać pokrywkami, aby szybciej się paliło.

W dniu płynięcia obiad był pod wieczór, zaś w dniu postoju o typowej porze. Składał się zwykle z trzech dań. Na hasło „Obiad!” ustawiała się długa kolejka głodomorów. Gdy wszyscy zostali obsłużeni, zostawała zwykle dokładka. Można było zgłaszać się po nią na hasło „Wolna wyprzedaż!” Młodsi uczestnicy często nie lubili myć menażek, powodzeniem cieszyły się więc duże puszki po konserwach używane w roli naczyń jednorazowych. Obowiązkowym wyposażeniem była natomiast łyżka - jeżeli ktoś zgubił swoją, to musiał czekać aż inni zjedzą aby pożyczyć od kogoś. Do kompotu lub kisielu często zamiast kubków używało się słoiki po dżemach.

Wachta (zwana tu dyżurem) zaczynała się rano. Najwięcej pracy miała z przygotowaniem śniadania. Dla każdego z uczestników należało przygotować po jednej kanapce każdego z 5 rodzajów, w sumie do 400 sztuk, były one wyliczone z niewielkim zapasem. Układało się je na dużych serwetach na ziemi. Gdy już większość kanapek zniknęła, po zapytaniu czy wszyscy wzięli przydział i odczekaniu chwili padało hasło „Wolna wyprzedaż!”, wtedy sępy rzucały się na pozostałości.

Na biwaku nad jez. Mokrym w rzeczce Uklance i w samym jeziorze blisko jej ujścia było mnóstwo raków. Raz wieczorem wybraliśmy się na połów i przy latarkach zebraliśmy ze dwa wiadra. Po ugotowaniu wszyscy chętni mogli je spróbować. Mnie jednak bardziej smakowała zupa rakowa, przygotowana przez jednego z kolegów w tym samym miejscu rok później.

Pamiętam pierwsze moje powitanie przez jezioro Mokre. Słysząc zbliżającą się burzę, Profesor wyrwał do przodu i znalazł się na biwaku jeszcze przed deszczem. Ja byłem znacznie dalej, walcząc z przeciwnym wiatrem i sporą falą. Wtedy nawet moja załoga wzięła się za wiosło. Gdy wypłynąłem na szerokie wody, burza była już bardzo blisko. Do brzegu było daleko, postanowiłem więc płynąć do przodu mijając zatokę. Załoga była przerażona, ja jednak poczułem trochę ulgi, bo z chwilą rozpoczęcia się deszczu osłabł wiatr i zmniejszyła się fala. Udało się w szybkim tempie dotrzeć do celu.

Znalezienie odpowiedniego biwaku dla spływu takiego dużego jak nasz sprawiało trudności. Profesor miał już upatrzone miejsca. Często nie mieściliśmy się jednak w granicach oficjalnego miejsca biwakowania, albo nad wybranym jeziorem takiego miejsca nie było (np. nad jez. Kierwik naprzeciwko Spychowa). Powodowało to zatargi z leśnikami. Na taką okoliczność Profesor woził głęboko zamelinowane flaszki. W przypadku przyjazdu leśników odchodził z nimi na bok, aby załatwić sprawę. Czasem udawało się to od ręki, kiedy indziej Profesor musiał towarzyszyć gościom dopóki szkło nie zostało opróżnione. W efekcie zawsze mogliśmy pozostać na wybranym miejscu (przynajmniej w latach 72 i 73).

Płynięcie miało miejsce zwykle co drugi dzień. W wolnym czasie można było przejść się po lesie, zwiedzić okolicę, uzupełnić zakupy. Etapy zależały jednak od trasy i pogody. Na początek Profesor wybierał krótkie odcinki, aby kończyć długimi, zajmującymi prawie cały dzień. Długi był odcinek od jez. Mokrego za Uktę, po krętej i wolno płynącej rzece Krutyni, przegrodzonej zastawką (czasem otwartą) i zaporami młynów. Na przenoskach czasem korzystaliśmy z pożyczonych wózków, jeżeli takie były, często jednak przenosiliśmy wszystkie kajaki, aby trochę zaoszczędzić. W sześciu - ośmiu chłopa brało się pełny kajak i przenosiło na drugą stronę przeszkody. Załogi pilnowały wioseł i zwodowanych kajaków, aby nie odpłynęły. Jeszcze dłużej płynęło się z Ukty na jez. Nidzkie - przez rzekę, całe Bełdany i śluzę w Rucianem. Pamiętam oczekiwanie na otwarcie śluzy wraz z kilkoma kajakami pozostałymi w tyle. Wygłodzeni, z braku chleba otworzyliśmy tam gołąbki i zjedliśmy na zimno. Potem o zmierzchu dobijaliśmy do jednej z wysp na jez. Nidzkim. Namioty rozbijaliśmy już przy latarkach. Na tym etapie stawka rozciągnęła się tak, że niektórzy nie odnaleźli biwaku. Pływałem potem pustym kajakiem w poszukiwaniu zagubionych, udało mi się znaleźć kilka osób, które wylądowały kilometr dalej. Pozostali odnaleźli się nazajutrz rano.

W dni postoju Profesor odprawiał msze święte. Trasa była tak zaplanowana, że w niedzielę nie płynęło się, chyba że zmusiłyby do tego nadzwyczajne okoliczności. Udział w niedzielnej mszy był obowiązkowy, natomiast w inne dni - dobrowolny. Jednak większość spływowiczów brała w nich udział. Ołtarz stawał pod profesorskim namiotem, który był duży, w kształcie hangaru. Często do mszy włączali się ludzie biwakujący w sąsiedztwie, poinformowani w ostatniej chwili i zdziwieni obecnością księdza.

W roku 1973 msze święte były odprawiane częściej, także w dni płynięcia - o ile etap nie był zbyt trudny. Profesor starał się zadowolić władze kościelne, wyczuwając ich niechętną postawę wobec zbyt świeckiej atmosfery na spływach.

Profesor nie był zbyt drobiazgowy wobec swych wychowanków. Pilnował, aby przestrzegać podstawowe zasady niepisanego regulaminu. Na przykład oddalić się z obozu na dłużej można było tylko po uzyskaniu zezwolenia. Podobnie było z wypływaniem kajakiem na jezioro - chociaż osobiście nie słyszałem o odmowie. Wieczorem po zakończeniu ogniska i ogłoszeniu ciszy nocnej można było przebywać tylko w swoim namiocie. Profesor robił obchód i wiedział dobrze, do którego namiotu zajrzeć, aby wyrzucić nieproszonego gościa.

Na terenie obozu, a zwłaszcza blisko ogniska i w namiotach nie wolno było palić papierosów. Jeżeli ktoś nie mógł wytrzymać, to zobowiązany był wyjść poza teren obozu. Nieposłuszni nieraz odczuli na plecach ciężką, karzącą rękę „sprawiedliwości Bożej”. Na spływie nie można było pić alkoholu, była tylko tolerancja dla niedużych ilości piwa. Spożywało się je zwykle podczas postoju na trasie. Trudno było go sobie odmówić zwłaszcza w Ukcie, gdzie knajpa z piwem kuflowym znajdowała się przy samym szlaku wodnym i moście. Ustawiała się w niej długa kolejka. Profesor, choć bardzo lubił piwo, na spływie nie pił aby nie dawać złego przykładu.

Wieczorem, o ile nie lało, wszyscy uczestnicy gromadzili się przy ognisku. Trzeba było ściągnąć duże ilości opału, który potem rąbali ochotnicy. Uczestnicy siadali wokół ogniska na kapokach, przeszło 70 osób i niekiedy goście z sąsiedztwa zajmowali 3 rzędy. Program artystyczny prowadziło 2-3 gitarzystów, wybierając piosenki według swojego uznania. Inni włączali się do śpiewu w miarę swoich umiejętności. Ognisko kończyło się piosenką „Idzie noc”.

W nocy obowiązywało pilnowanie obozu przez warty. Młodsi uczestnicy czy dziewczyny pełnili warty po dwie osoby (zawsze jednej płci), zaś starsi pojedynczo. Trzeba było pilnować stojących na wodzie drewnianych kajaków, składaków na lądzie, sprzętu rozrzuconego pomiędzy namiotami i namiotu gospodarczego z żywnością. Noc dzieliła się na 4 warty, zaczynające się o ustalonych z góry godzinach. Najlepsza była pierwsza warta, gdyż często część czasu zajmowało przeciągające się ognisko, zaś najgorsza druga, pełniona po ciemku. Mniej doświadczeni otrzymywali zwykle warty poranne, gdy już było widno. Obowiązywała zasada, że po warcie nie można było pełnić dyżuru. Układaniem planu wart i dyżurów zajmował się zwykle ktoś starszy pełniący funkcję oboźnego.

O stan sprzętu: kajaków i namiotów dbał zastępca do spraw technicznych. Przechowywał on narzędzia i materiały potrzebne do naprawy sprzętu. Do jego obowiązków należało łatanie kajaka „Profesorskiego”, tak aby nie nabierał wody. Było to niewdzięczne zadanie, gdyż na drobnych przeszkodach Profesor niechętnie wychodził z kajaka, a będąc ciężkim często przycierał dnem. Ja byłem takim zastępcą w 1973 roku. Pamiętam - podczas postoju na Zyzdroju wykonałem gruntowny remont tego kajaka, co zajęło mi pół dnia. Potem jednak był szczelny.

Techniczny udostępniał też narzędzia kapitanom potrzebującym naprawić kajaki, a w razie potrzeby służył radą i pomocą. W warunkach polowych można było zeszyć pękającą powłokę, zakleić dziurę, usztywnić pękniętą wręgę, wymienić uszkodzone okucia czy wykonać inne naprawy mechaniczne. Szyło się też podarte namioty. Naprawy wykonywało się w zasadzie na postoju, czasem trzeba było jednak nałożyć prowizoryczną łatę w kajaku na miejscu awarii. Wówczas poszkodowany i pomoc techniczna dopływali z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Spływ 1972 roku (pierwszy turnus) miał miejsce w okresie w zasadzie dobrej pogody. Po 2 tygodniach w rejonie Rucianego następowała wymiana części załóg, niektórzy pozostawali na drugi turnus. Był on trochę mniej liczny, dlatego trzeba było oddać do wypożyczalni w Nidzie zbywające kajaki. Pozostający dłużej mieli trudności zaopatrzeniowe - np. kończył się papier toaletowy, którego nie można było kupić. Chłopcy znaleźli na to sposób: trzeba było wskoczyć do pociągu jadącego z Ełku, wejść do WC, gdzie najczęściej papier jeszcze był i wyskoczyć z łupem na tej samej stacji. Drugi turnus odbywał się na wielkich jeziorach, skąd trzeba było wrócić do wypożyczalni w Rucianem Nidzie.

W 1973 roku spływ zaczął się w Sorkwitach w czasie dobrej pogody. Popsuła się dopiero na koniec pierwszego turnusu i to tak skutecznie, że Profesor miał wątpliwości czy podczas drugiego turnusu płynąć dalej. Jednak pozostanie nad jez. Nidzkim niedaleko Rucianego byłoby bardzo uciążliwe, gdyż tam były duże trudności z opałem. W końcu popłynęliśmy przez Bełdany do jego połączenia z jez. Mikołajskim, gdzie znaleźliśmy niezły biwak niedaleko promu do Wierzby. Tam codzienne deszcze i chłody unieruchomiły nas całkiem: można było tylko przejść się po okolicy lub wypłynąć na krótko na jezioro. Więcej trudu wymagały natomiast codzienne zajęcia. Trzeba było gromadzić grubsze, iglaste drewno nadające się do użycia w czasie deszczu. Gotowanie na nim zajmowało jednak znacznie więcej czasu. Wieczorami zwykle gromadziliśmy się przy ognisku, gdzie przy okazji suszyło się mokre ubrania. Tak nadszedł czas powrotu i dopłynęliśmy w rejon Rucianego.

Tu zaczęło lać na dobre, jakby niebo płakało z żalu po ostatnim spływie profesorskim (czego jeszcze nie wiedzieliśmy). W czasie deszczu dostarczaliśmy drewniane kajaki do wypożyczalni: jeden mężczyzna wsiadał do kajaka i brał na hol dwa następne. Potem musieliśmy zwinąć nie wysuszone kajaki składane, a w końcu złożyć wilgotne namioty. Zostały przewiezione z powrotem do Warszawy i zmagazynowane na strychu na Ochocie. Po powrocie próbowaliśmy tam rozwinąć i wysuszyć sprzęt, jednak próba ta była trochę spóźniona i mało skuteczna, bo na strychu brakowało przewiewu. Część sprzętu zapleśniała, sparciała i nie nadawała się już do użytku.

Większość kajaków i namiotów była jeszcze używana przez byłych uczniów Profesora i ich znajomych w kolejnych latach. Stanowiły bazę pierwszych organizowanych przeze mnie spływów, których prowadzenie podjąłem w 1975 roku. Ale to zupełnie inna historia.

Profesor wyjeżdżał jeszcze na spływy kilkakrotnie będąc rektorem kościoła w Międzylesiu, tym razem jako kapelan spływów dla młodzieży szkół średnich organizowanych przez Klub Inteligencji Katolickiej. Kupił nawet sobie nowy kajak. Byłem z nim przez tydzień w 1977 roku, gdy z racji służby wojskowej nie mogłem zorganizować własnej imprezy. Oczywiście na trasie Krutyni. Prowadzeniem spływu zajmowało się kilka osób dorosłych (w tym dawny spływowicz Józef M.), gdyż młodzież była znacznie mniej samodzielna i pozbawiona inicjatywy w porównaniu ze studentami. Profesor jak dawniej potrafił stworzyć serdeczną atmosferę, dbał o stronę duchową imprezy. Płynął jak zwykle z nieodłącznym psem imieniem Boy.

Krynica

Gdy po wakacjach 1973 roku wróciliśmy do Warszawy, okazało się że nasz ulubiony ks. Profesor nie jest już duszpasterzem akademickim u św. Jakuba. Tymczasem nie został skierowany na inną placówkę, władze zaleciły mu kurację zdrowotną. Część jego uczniów pozostała w ośrodku współdziałając z pozostałymi tu duszpasterzami, którzy próbowali kontynuować rozpoczęte dzieło ewangelizacji, aczkolwiek bez danej im charyzmy. Niestety większość uległa rozproszeniu, nie potrafiąc pogodzić się z decyzją władz kościelnych. Często trafili potem do innych ośrodków duszpasterstwa akademickiego. Ksiądz Józef przebywał w Krynicy, gdzie miał bezterminowo leczyć nadszarpnięte zdrowie. Przez wiele miesięcy nie miał przydziału do dalszej pracy, co bardzo niekorzystnie wpływało na psychikę człowieka nawykłego do ciągłej aktywności. Wielu dawnych uczniów starało się odwiedzić go w nowym miejscu pobytu.

My odwiedziliśmy księdza w czasie przerwy semestralnej w początkach 1974 roku. Mieszkał w willi „Ostoja” przy ul. Leśnej w Krynicy, kierowanej przez p. Rozalię Siemieńską, na co dzień „ciocię Różę”. Była ona serdeczną i opiekuńczą osobą, dbającą o wypoczynek i wyżywienie swych gości. „Ostoja” była wtedy niedużą, piętrową willą, jeszcze przed rozpoczęciem przebudowy. W wolnym czasie przyjeżdżała tam młodzież np. z Rodziny Rodzin, w innych terminach ludzie pracujący. Ks. Józef włączał się w działalność duszpasterską. Uczestniczyliśmy z nim w modlitwach różańcowych, które odmawiało się na stoku Góry Parkowej w drodze do figurki Matki Bożej. Ksiądz organizował je codziennie, nie straszne były mu śliskie ścieżki ani pokaźny ciężar własny. Często „pielgrzymka” odbywała się po ciemku, wtedy braliśmy ze sobą świece.

Wczesną wiosną 1974 roku ks. Gniewniak uzyskał stanowisko rektora kościoła przy klasztorze w Międzylesiu i wrócił do Warszawy.

Międzylesie

Obejmowana przez ks. Gniewniaka placówka była trochę zaniedbana. Kilkakrotnie zmieniali się na niej rektorzy, którzy nie zawsze żyli w zgodzie z siostrami prowadzącymi miejscowy Dom Dziecka (dla dzieci z trudnych rodzin, bo tylko takie ówczesne władze powierzały zakonnicom). Praca wymagała wiele taktu i wytrwałości. Nowy rektor zamieszkał w parterowym domu koło kościoła, zajmując trzypokojowe mieszkanie. Czwarty pokój obok został przeznaczony na kancelarię. W początkach było konieczne dokończenie remontu tego mieszkania. Ks. rektor otrzymał do pomocy starszą siostrę Barbarę, która dbała o czystość i wyżywienie. W pracy duszpasterskiej pomagał mu jeden wikary.

Ks. Gniewniak przypadł do gustu siostrom, z którymi potrafił nawiązać przyjazne stosunki. Polubiła go też miejscowa młodzież. Odwiedzali go też często byli uczniowie z Warszawy. Wkrótce wznowił odprawianie czwartkowych mszy świętych, przeznaczonych głównie dla studentów. Przyjeżdżało na nie do kilkudziesięciu młodych ludzi z Warszawy, pojawiało się też coraz więcej studentów z Międzylesia.

Msze święte miały niepowtarzalny charakter, odprawiane przy świetle świec pod troskliwym okiem Matki Bożej z ikony w głównym ołtarzu międzyleskiego kościoła. Serdeczne, ojcowskie homilie księdza, który trudne nieraz tematy potrafił przekazać w sposób jasny i zwięzły. Wspólny śpiew nowoczesnych piosenek religijnych przy wtórze gitary, na której grał Janusz K. lub Marek N. Do tych piosenek teksty na rzutnik przygotowywaliśmy początkowo we własnym zakresie, aby ograniczyć wydatki ubogiej parafii.

Po mszy większość uczestników przechodziła do mieszkania księdza, gdzie oprócz rozmów towarzyskich przy herbacie poruszane były różne tematy ważne dla kształtowania światopoglądu młodych ludzi. W jednym sezonie wspólnymi siłami zorganizowaliśmy kurs przedmałżeński. Było na to zapotrzebowanie ze względu na plany matrymonialne wielu osób z tego środowiska. Ksiądz związał ze sobą wiele małżeństw, później chrzcił dzieci swych uczniów, zamieszkałych nie tylko w Warszawie. Miał zwyczaj mówić: „najpierw ślub, później chrzest”.

W mieszkaniu księdza była duża liczba książek i pamiątek, których stopniowo przybywało. Ilość książek nie zmieniała się jednak zbytnio, gdyż w miejsce jednych zakupionych lub otrzymanych w prezencie inne wędrowały do nowego właściciela (ksiądz chętnie pożyczał je do przeczytania i nie zapisywał komu, więc nie wszyscy oddawali). Było też mnóstwo kwiatów, mieszkał pies pochodzący z Anglii imieniem Boy (zastąpiony potem przez następnego tej samej rasy i imienia) i początkowo kanarki (ale mniej, niż na Ochocie).

Rektorat w Międzylesiu obsługiwał starsze osiedla bloków i domów jednorodzinnych, szpital Centrum Zdrowia Dziecka i nowe osiedle personelu medycznego. Wkrótce po swoim objęciu rektoratu ks. Gniewniak załatwił pozwolenie dyrekcji szpitala na posługę duszpasterską wśród chorych dzieci. Aby obejść cały szpital, potrzebował kilku godzin dziennie. Chodził tam rano i po południu. Ponieważ dochodzenie do szpitala wymagało czasu i męczyło go, dostał od kogoś z parafian używany rower, na którym zaczął dojeżdżać.

Ksiądz był wrażliwy na cierpienie ludzkie, a szczególnie był pod wrażeniem ciężkich chorób tamtejszych dzieci. Chciał im pomóc i pocieszyć w miarę swoich możliwości. Odwiedzał wszystkie sale i starał się powiedzieć coś serdecznego. Ta praca jednak bardzo go wyczerpywała. Musiał sam wykonywać te obowiązki, bo ksiądz wikary był zbyt słaby psychicznie i nie dawał rady.

Po kilku latach ksiądz uzyskał oficjalną funkcję kapelana szpitalnego. Potem rektorat międzyleski awansował do rangi parafii, a ksiądz Gniewniak został jego pierwszym proboszczem.

Józef Gniewniak długo zmagał się ze swoimi chorobami, których źródeł trzeba szukać w okresie pobytu w obozach koncentracyjnych i więzieniu stalinowskim. Najbardziej dokuczało mu serce. Korzystał z pomocy znajomych lekarzy, kilkakrotnie też trafił na OIOM. Nie dbał jednak zbytnio o siebie, przede wszystkim starał się służyć ludziom. Zawsze bał się, że jako stary i chory człowiek może trafić do przytułku dla księży, w którym (zwłaszcza w okresie komunistycznym) była kiepska opieka. Nie miał natomiast nikogo bliskiego z rodziny, kto mógłby nim się zająć. U schyłku życia odetchnął więc, gdy dowiedział się, że może dożywotnio mieszkać u sióstr. W ostatnich latach nie pełnił już funkcji proboszcza, lecz jako emeryt włączał się w pracę parafialną.

Ksiądz rzadko wspominał lata wojny i więzienia. Mówił o nich tylko najbliższym znajomym. Przed wojną Józef Gniewniak skończył szkołę średnią, podczas okupacji uczestniczył w konspiracyjnych studiach w Warszawie. Potem w 1943 r. został aresztowany. Wspominał że podczas spisywania personaliów zapytany o zawód powiedział szczerze, że jest studentem. Szczęśliwie zapisujący dane Polak wpisał zawód „stolarz maszynowy”. Taki zawód nie wymagał szczególnych umiejętności. Uchroniło to Józefa przed eksterminacją. Trafił do Oświęcimia, po roku przeniesiony do obozu w Sachsenhausen, który zdołał przeżyć (chyba dzięki fachowym pracom, które wykonywał jako rzemieślnik). Będąc więźniem słyszał o ojcu Kolbe, chociaż już nie zetknął się z nim osobiście. Doczekał wyzwolenia wiosną 1945 r. przez wojsko amerykańskie, potem trafił do polskich oddziałów militarnych, chyba był też w Szwecji.

Dość szybko wrócił do kraju, podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim na historii. Tam organizował Sodalicję Mariańską i kierował jej działalnością. Za tę działalność jako opozycyjną wobec władz został aresztowany i spędził długi czas w więzieniu. Tam chyba pojawiło się powołanie kapłańskie. Niedługo po uwolnieniu zgłosił się do seminarium duchownego, które ukończył w przyspieszonym tempie (krócej niż 3 lata), jako że miał już podstawy wyższego wykształcenia humanistycznego. Równocześnie ukończył studia historyczne. Narzekał potem, że w tak krótkim okresie nie zdążył poznać wielu kleryków, po latach nie miał więc znajomości wśród władz kościelnych. Przed październikiem 1956 roku zdążył już być wikarym w Powsinie i na Saskiej Kępie. W okresie przemian 1956 r. organizował duszpasterstwo akademickie u św. Anny. Rok później został skierowany do parafii św. Jakuba, aby zorganizować duszpasterstwo wśród mieszkańców licznych domów studenckich Ochoty. Trudno wyobrazić sobie kogoś innego, kto potrafiłby pozyskać sobie równie wysoką sympatię wśród młodzieży.

W okresie głębokiego komunizmu ks. Gniewniak nie miał szans wyjechać za granicę, chociaż wielokrotnie składał podanie. Udało się to dopiero u progu okresu gierkowskiego. W latach 70-ch wyjechał na długo do Anglii i Szwecji. Potem wyjeżdżał co roku po zakończeniu spływu, przynajmniej na miesiąc do Szwecji, zapraszany przez zaprzyjaźnionych ludzi. Widziałem licealistów ze Szwecji (Jana i Adiego) goszczących w rewanżu na spływie KIK-owskim z Profesorem. Ksiądz odwiedzał Szwecję przez wiele lat, dopóki siły go całkiem nie opuściły. Znajomi wspomagali go tam materialnie, zamawiając intencje mszalne, miał też możliwość kuracji i odpoczynku.

Profesor miał zawsze postawę bezkompromisową wobec władz komunistycznych. Nie straszne mu były rozmowy w pałacu Mostowskich, na które musiał stawiać się zwłaszcza po wakacjach. Od 1980 roku wielu spośród uczniów Profesora, którzy zostali wychowani przez niego w duchu patriotycznym i antykomunistycznym, włączyło się do działalności solidarnościowej. Niektórzy mieli problemy z SB - do aresztowania włącznie. Wielu wyjechało zagranicę, szczególnie do Ameryki. Przeważnie utrzymywali potem z Profesorem kontakt listowny lub telefoniczny.

Gdy nadchodziły imieniny Józefa, obchody imienin trwały często przez tydzień. Ksiądz cieszył się z pamięci uczniów, którzy przyjeżdżali do Międzylesia z całej Warszawy i dalszych okolic. Co chwila też dzwonił telefon. Pojawiało się mnóstwo kwiatów, które były wstawiane do wazonów i wiader, upominki, dużo ciast i słodyczy. Dopóki żyła siostra Barbara, pomagała zagospodarować produkty i przygotowywała herbatę. Później - w latach dziewięćdziesiątych - brak już było takiej organizacji. Nieraz pomagali goście z własnej inicjatywy. Ksiądz był coraz słabszy, bardzo męczyły go długotrwałe wizyty gości. Ostatnio trudno mu było nawet poruszać się po mieszkaniu. Chętnie jednak zamieniał kilka słów, zwłaszcza z dawnymi uczniami. Trzeba było głośno mówić, bo miał słaby słuch. Wcześniej żartował, że do spowiedzi wszyscy podchodzą z tej strony, gdzie ma słabsze ucho.

Baliśmy się, że w przypadku śmierci księdza możemy nie dowiedzieć się w porę i nie zdążyć na ostatnią posługę. Po części tak się stało, gdyż umarł w czasie wakacji w 2000 r., gdy wielu byłych uczniów było na urlopach. Pozostali jednak potrafili porozumieć się i przyszli tłumnie na uroczystości żałobne w Międzylesiu. Potem uczestniczyłem w samej uroczystości pogrzebowej na cmentarzu bródnowskim, gdzie został pochowany w katakumbach kapłańskich koło drewnianego kościoła. Byłem tam później wielokrotnie – poświęcona mu tablica wyróżnia się kwiatami i lampkami przyniesionymi przez uczniów.

Wydanie 2 – poprawione.
***