Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Wspomnienie o księdzu Józefie Gniewniaku

Bogdan Galiński

Po raz pierwszy zetknąłem się z księdzem Józefem w roku 1957, kiedy rozpoczynając studia na ówczesnym Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej zacząłem chodzić na konwersatoria do Duszpasterstwa Akademickiego przy parafii św. Jakuba na pl. Narutowicza w Warszawie. Ksiądz Józef przeniesiony został tu właśnie z Saskiej Kępy1, skąd pojawiło się zarazem grono studentów, znających go już od pewnego czasu. Byli to studenci i studentki z wielu różnych uczelni, z Akademii Medycznej, Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki. Wśród nich spotkałem też jednego kolegę z mojego Wydziału.

Zajęcia odbywały się wówczas w Kaplicy Zmartwychwstania Pańskiego - dawnej kaplicy przedpogrzebowej - mieszczącej się w "podziemiach" Kościoła2. Po kilku latach zostały przeniesione do salki parterowego wówczas "domku katechetycznego" obok kościoła, przy ul. Barskiej. W szkole nie było wówczas religii i odkąd w 1951 roku zamieszkałem w Warszawie, uczęszczałem na lekcje religii do tej parafii. Od razu zwrócił moją uwagę wysoki poziom naukowy konwersatoriów prowadzonych przez księdza Józefa oraz miła i wesoła atmosfera, jaka tam panowała. Prócz konwersatoriów organizował on, jak się niedługo dowiedziałem, coroczne pielgrzymki młodzieży do Częstochowy oraz zimowe i letnie obozy połączone z turystyką, prowadzone w Zakopanem na Jaszczurówce.

Od czasu do czasu ksiądz opowiadał nam niektóre wydarzenia ze swego życia - o swojej niewoli w obozie niemieckim w Sachsenhausen, o służbie w armii amerykańskiej po wyzwoleniu obozu i decyzji zostania kapłanem, już po powrocie do kraju. Decyzja ta, jak się dowiedziałem dopiero po latach, nastąpiła też pod wpływem ówczesnego metropolity krakowskiego, ks. kardynała Adama Sapiehy, u którego poznał też innego księdza - Karola Wojtyłę. Księdza Józefa kardynał Sapieha nie zdążył już wyświęcić za swego życia...

Ta mało typowa dla tamtych lat droga do kapłaństwa, a także szczególne cechy charakteru księdza Józefa spowodowały, że jego stosunek do spraw Kościoła i młodzieży był, jak to można dzisiaj powiedzieć, "posoborowy". Na konwersatoriach omawialiśmy bardzo poważne tematy, takie jak m.in. różne trendy filozofii katolickiej. Jednym z cyklicznych tematów była lektura pierwszego wydania książki "Miłość i odpowiedzialność", przesłanego księdzu Józefowi osobiście przez Autora.

W tych latach, wraz z oddalaniem się od pamiętnego Października 1956 roku, następował stopniowy odwrót od obiecywanych przez ekipę Gomułki swobód demokratycznych. Rozpoczęty właśnie rok akademicki został przerwany niespodziewanie szybko i w sposób całkiem nieoczekiwany. Otóż właśnie na samym początku października 1957 roku Gomułka nakazał zamknięcie słynnego wówczas tygodnika studenckiego "Po Prostu". Tego samego dnia po południu na całej Politechnice pojawiły się ulotki nawołujące do udziału w wiecu protestacyjnym. Riposta władz uczelni była natychmiastowa i zdecydowana: w przypadku zorganizowania wiecu wszyscy studenci zostaną wyrzuceni z uczelni i rozpocznie się ponowna rekrutacja na wszystkie lata studiów. Tego samego wieczoru, 3-go października, rozruchy studenckie rozpędzane brutalnie przez milicję objęły całe śródmieście Warszawy. Obserwując te zajścia na placu Politechniki (wówczas placu Jedności Robotniczej), o mało nie oberwałem pałką, od której dzielił mnie wówczas nie więcej niż metr i tylko dzięki znajomości terenu udało mi się uciec z grupą przechodniów do niedalekiej bramy jednostki wojskowej. Następnego dnia wszystkie zajęcia zostały zawieszone, a gmachy PW zamknięte dla studentów. Przymusowa przerwa w nauce trwała około dwu tygodni.

W międzyczasie, 4-go października odbyła się inauguracja roku akademickiego w kościele św. Anny, gdzie kazanie wygłosił ks. Prymas Stefan Wyszyński. Pamiętam, że mówił wówczas o miłości i o tym, że jest ona zgodna z etyką, gdy obejmuje całego człowieka. Do domu wracałem zatłoczonym trolejbusem. Grona studentów zwisały z otwartych drzwi. Trolejbus jechał właśnie ulicą Traugutta, gdy stojący na chodniku milicjant nadstawił pałkę tak, że kilku "wiszących" studentów spadło prosto na jezdnię. Ulicą Marszałkowską szła duża grupa młodych ludzi w kaskach motocyklowych, skandując okrzyki "gestapo!, gestapo!" w kierunku milicjantów ciskających petardy z gazem łzawiącym. Tak to właśnie zakończył się Polski Październik dokładnie w dniu, w którym "Wielki Związek Radziecki" wystrzelił pierwszego sputnika.

Ta sytuacja znajdowała swoje odbicie w stopniowym eliminowaniu wprowadzonych właśnie od nowa do szkół lekcji religii i w nasilających się szykanach wobec Kościoła. Ksiądz Prymas Wyszyński otrzymał właśnie godność kardynała, lecz władze utrudniały mu wyjazd do Rzymu. Gdy w roku 1958, o ile pamiętam, mógł wreszcie odebrać swój kardynalski kapelusz z rąk Piusa XII, jego powrót do Warszawy stał się okazją do wielkiej demonstracji ze strony wiernych. Z tej okazji, w naszym domku katechetycznym odbyło się zorganizowane przez księdza Józefa spotkanie z młodzieżą akademicką, w którym z radością uczestniczyłem. Raz byłem też w grupie młodzieży, która złożyła księdzu Prymasowi wizytę w rezydencji na Miodowej.

We wrześniu 1958 roku przez dwa tygodnie przebywałem na obozie na Jaszczurówce. Niedzielne Msze św. odbywały się w małym klasztorku u sióstr. Ministranturę czytało się jeszcze po łacinie. Mieszkaliśmy u pobliskiego gospodarza w warunkach schroniskowych. Gdy była pogoda, chodziliśmy w góry, a gdy lało - spędzaliśmy obozowe wieczory w domu - śpiewając i dyskutując. Magnetofon szpulowy "szmaragd" pozwolił na utrwalanie obozowych piosenek. Raz urządziliśmy wieczór przy ognisku u wylotu doliny Olczyskiej.

Był to mój pierwszy letni pobyt w Tatrach i dlatego nawet zwykłe spacery - do dolin tatrzańskich, na Kopieniec, do Toporowych Stawków, na Ścieżkę nad Reglami lub do Cyhrli - były niezwykłymi przeżyciami, a zdjęcia, jakie wówczas robiłem, pozwalają wracać z sentymentem do tych dni. Wyprawa na Orlą Perć była już jednak wielkim wydarzeniem, a biorąc pod uwagę duże tempo nadawane przez księdza Józefa i przepaście otwierające się na każdym kroku, był to dla wielu za nas wyczyn wymagający pokonania strachu i zmęczenia, gdyż wycieczka trwała 10 godzin.

Następnego roku, w lipcu, znów pojechaliśmy na obóz do Zakopanego. Przyjemność trwała tym razem jednak tylko dwa dni. Księdza Józefa wezwano do Urzędu Bezpieczeństwa i zażądano ewakuacji obozu w ciągu 24 godzin pod karą grzywny za stan zabezpieczenia pożarowego, czy czegoś w tym rodzaju. Na Jaszczurówkę już nigdy więcej nie pojechaliśmy.

W tej sytuacji, w roku 1960 ksiądz zorganizował wędrowny obóz rowerowy. Zapakowałem dwie sakwy mego "ciężkiego" roweru turystycznego "Mewa", który w kwietniu tego roku nabyłem za ówczesną sumę 1550 zł w Hali na Koszykach i wczesnym popołudniem pojechałem na punkt zborny przy Stadionie X-lecia. Było 16 chłopców na różnych rowerach, głównie "półwyścigowych" w typie czeskiego "Favorita", a ksiądz Józef - którego publicznie tytułowaliśmy Profesorem (bez słowa "ksiądz"), chodziło bowiem o to, aby ktoś gorliwy nie doniósł usłużnie na księdza do "bezpieki" -  na motorowerku marki Simpson-Suhl. Mieliśmy ze sobą osiem pomarańczowych lekkich namiotów i przybory do gotowania na ogniu i maszynkach spirytusowych.

Trasa prowadziła przez Marki i Radzymin do Rybienka, gdzie nad rzeczką rozłożyliśmy obóz. Nazajutrz przejechaliśmy przez Wyszków i Ostrów Mazowiecką, skąd odbiliśmy od głównej drogi w kierunku Śniadowa. Tu, na bocznej drodze pokrytej wówczas szutrem, ujawniły się zalety mojego roweru turystycznego nad wyścigowymi "favoritami", bo ich właściciele co kilka kilometrów musieli wymieniać swoje "szytki". Ksiądz więc co chwilę zmuszony był zarządzać postój naszego "peletonu" i w rezultacie zmierzch zastał nas niedaleko od Śniadowa, gdzie we wsi Jakać Dworna spędziliśmy nocleg w stodole na sianie. Rankiem dojechaliśmy tylko do położonej o kilka kilometrów wsi Jakać Młoda, gdzie w miejscowym kościele ksiądz Józef odprawił mszę św., po czym ruszyliśmy dalej w kierunku Mazur.

Nasza droga prowadziła przez pięknie położoną w dolinie Łomżę, gdzie zespawałem bagażnik, który właśnie pękł na wybojach, a dalej przez Kolno. Etap zakończył się na leśnej piaszczystej polanie w okolicach Pisza, gdzie - jak do dzisiaj pamiętam - było mnóstwo komarów.

Następnego dnia dojechaliśmy do Rucianego, gdzie nad jez. Nidzkim rozłożyliśmy się biwakiem na dwa dni. Kolejny etap prowadził przez Wójtowo, gdzie zwiedziliśmy klasztor Starowierów i błękitną cerkiewkę. Oprowadzający nas pop opowiadał o różnicach między wiarą katolicką i prawosławną, koncentrując się zresztą na mało istotnych szczegółach liturgicznych, co po odjeździe ksiądz Józef nam dogłębnie skomentował.

Przez Mikołajki i Wilkasy dojechaliśmy w końcu do Giżycka, gdzie rozbiliśmy namioty na terenie bazy studenckiej i dołączyliśmy do miejscowego ogniska. Pamiętam tylko, jak pewien "obcy" student, ośmielony wesołą atmosferą wieczoru, zaczął niezwykle udatnie parodiować Władysława Gomułkę, ówczesnego pierwszego sekretarza PZPR.

Następnego dnia zwiedziliśmy kwaterę Hitlera w Gierłożu i przez Kętrzyn, Świętą Lipkę i Reszel dojechaliśmy na biwak w okolice Pieniężna. Potem przez Braniewo i Frombork dotarliśmy do Tolkmicka, skąd statkiem pasażerskim do Krynicy Morskiej. Tam trzy noclegi mieliśmy w miejscowej stodole, a odpoczynek nad morzem, przy upalnej pogodzie. Potem, przez Kąty Rybackie, gdzie w tym czasie przebywała moja mama wraz z ciocią (a więc na chwilę je odwiedziłem), dostaliśmy się do Sopotu, gdzie reszta pobytu upłynęła nam na plażowym kempingu. Powrót do Warszawy odbyliśmy już koleją.

Po kilku dniach ksiądz zaproponował nam następny obóz nad morzem, tym razem stacjonarnie, na tym samym kempingu w Sopocie. Jako "czołówka" obozu, polecieliśmy tym razem samolotem. Dla mnie było to duże przeżycie, gdyż był to mój pierwszy lot. Przy pięknej pogodzie, małym dwusilnikowym samolotem śmigłowym Ił-14 w dwie godziny dolecieliśmy do Gdańska i zatoczywszy koło nad piękną (taka wydawała się tylko z góry, gdyż była wówczas, w 1960 roku, zaledwie częściowo odbudowana po sowieckich nalotach) Gdańską Starówką, wylądowaliśmy na starym, dziś już nie istniejącym lotnisku we Wrzeszczu, skąd taksówką udaliśmy się do Sopotu.

Na miejscu okazało się, że zapomnieliśmy śledzi od namiotów i trzeba było je robić z drutu, znalezionego na plażowym śmietniku. Jadaliśmy w barze koło mola, a przy ciepłej pogodzie wędrowaliśmy kilometrami plażą, rozmawiając na wiele ciekawych tematów. Ksiądz Józef był bardzo przez nas lubiany, bo doskonale nas młodych rozumiał i nigdy nie starał się nam nic narzucić, wyjaśniając tylko po fakcie, na czym polegały nasze błędy. Był przy tym zawsze bardzo wesoły, choć już wtedy miewał kłopoty ze zdrowiem –jako skutek pobytu w obozie koncentracyjnym i innych przeżyć wojennych. Raz, gdy zmęczeni dojechaliśmy na biwak, jedni zaczęli rozkładać namioty, a inni wzięli się natychmiast do gotowania. Ksiądz skomentował to krótko: "O, widzę, że u jednych przeważa lenistwo, a u drugich głód!".

W ciągu roku akademickiego stale spotykaliśmy się na cotygodniowych konwersatoriach, a w niedziele po mszy zbieraliśmy się na wspólną herbatkę w salce katechetycznej. Były to bardzo miłe spotkania, a każde kazanie księdza Józefa było dla nas przeżyciem. Ołtarz został już wówczas, zgodnie z zaleceniem Soboru ustawiony na środku kościoła, znikła dawna łacińska ministrantura i cała liturgia była mówiona po polsku.

Od czasu do czasu ksiądz organizował wraz z nami sobotnie wieczorki taneczne w domku katechetycznym, które wkrótce stały się słynne w całej Warszawie. Raz na taki wieczorek zawitała nawet moja kuzynka z odległych Pałuk.

Z biegiem lat ksiądz Józef udzielał w naszym gronie coraz więcej ślubów, a potem także i chrztów.

Następna wyprawa, ostatnia, na jakiej wspólnie byliśmy, to spływ kajakowy po Jeziorach Augustowskich w roku 1965. Znałem już trochę ten teren, bo na jednym spływie studenckim byłem już tam w roku 1960. Pojechaliśmy koleją do Suwałk, skąd wyruszyliśmy na jeziora, a dalej na jezioro Serwy. Tam biwakowaliśmy dwa dni na pięknej wyspie. Dalej przewózka do wsi Bryzgiel i na Wigry! Były to czasy, gdy po drodze można było kupić niewiele i zapasy trzeba było wozić w kajakach, które na tym etapie spływu były wyładowane aż po brzeg burty. A tu zaraz po odbiciu od brzegu zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz, a potem i fale stawały się coraz większe - jak to na Wigrach. Ratowaliśmy się ucieczką w przybrzeżne szuwary, gdzie całą nawałnicę udało się nam przeczekać. Potem popłynęliśmy Czarną Hańczą i Kanałem Augustowskim. Ksiądz był tym razem zaopatrzony w duży namiot typu "Sobieski pod Wiedniem", gdzie każdego dnia rano odprawiał nam krótką mszę św. Miejsc na biwak było wówczas dosyć i można było niemal wszędzie obozować "na dziko", zbierać w lesie drewno na ognisko i nikt nam nie przeszkadzał. Po drodze była - jak sobie przypominam - tylko jedna stanica: Frącki. Do atrakcji należało śluzowanie - ten kanał zbudowany już ponad półtora wieku temu był i jest do dzisiaj wspaniałym zabytkiem!

Pamiętam też wspólny wyjazd niedzielny do Lasek. Było to w roku 1964, w dniach bezpośrednio poprzedzających śmierć papieża Jana XXIII. Pojechaliśmy wówczas całą grupą modlić się na Jego intencję do miejscowego Domu Rekolekcyjnego. W tych czasach władze PRL zezwalały na pobyt w Laskach jedynie dzieciom upośledzonym i do tego niewidomym. Pamiętam, jak tragiczne wrażenie robił wygląd i zachowanie takich dzieci - z zaburzoną koordynacją ruchów i zniekształconymi twarzami - w tym świetle Dzieło Lasek nabierało wymiaru wręcz heroicznego!

Na wiosnę 1966 roku w poszczególnych diecezjach odbywały się uroczyste obchody Millenium – 1000. rocznicy chrztu Polski, których zwieńczeniem miały być centralne obchody na Jasnej Górze w dniu 3-go maja. Rok wcześniej Episkopat Polski opublikował z inicjatywy Prymasa Wyszyńskiego słynny list do biskupów niemieckich, zawierający znamienne słowa: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie!". Tego komunistyczne władze  nie mogły Prymasowi darować. Z jednej strony bowiem w rządzonym wówczas przez Chruszczowa Związku Sowieckim znacznie nasiliła się wówczas polityka ateizacji społeczeństwa. Władze zamykały cerkwie, jakie zostały jeszcze na prowincji, a z protestującymi rozprawiano się bardzo brutalnie. Z drugiej zaś obowiązywała wtedy w obozie komunistycznym zasada, że do polityki się Kościołowi mieszać nie wolno - a wszelkie listy otwarte i apele do takowej zaliczano.

Władze partyjne zaczęły więc organizować obchody konkurencyjne wobec kościelnych uroczystości millenijnych pod byle jakim pretekstem - takie, jak np. 43. rocznica III Powstania Śląskiego, czy też, jak w Gnieźnie, 21. rocznica sforsowania Wału Pomorskiego. Spędzano na nie i zwożono z odległych wsi kogo się dało - do Gniezna  przywieziono robotników z PGR-ów już poprzedniego wieczora i uwięziono ich na noc pod strażą w jakiejś stodole. W Poznaniu Gomułka ośmielił się zaś przemawiając powiedzieć  coś w tym rodzaju: "Jak bezdennie głupi jest ten pasterz pasterzy".

W takiej atmosferze wyjeżdżaliśmy do Częstochowy na obchody Millenium! Jeden z kolegów kupił sobie właśnie nową "syrenkę" i na taki środek lokomocji się zdecydowaliśmy, a reszta grupy wraz z księdzem pojechała koleją. Im się w zasadzie udało, bo represje władz polegały na dokładnym sprawdzaniu biletów już na miejscu, po opuszczeniu dworca, a ten, kto już zdążył bilet wyrzucić, dostawał mandat. My z kolei byliśmy po drodze zatrzymywani przez milicję 7 razy, a samochód dokładnie kontrolowano. Po przyjeździe na miejsce postawiliśmy "syrenkę" w ogródku jednej z willi - mieszkańcy byli bardzo uczynni - i mając przepustkę na Wały Jasnogórskie  dołączyliśmy do uroczystości.

Pogoda była wówczas piękna i upał powyżej 30 stopni, a tłumy niezmierne! Piękna była zwłaszcza procesja na wałach i kazanie Księdza Prymasa. Przy pustym fotelu, przygotowanym dla papieża Pawła VI, mszę św. celebrował kardynał Wojtyła. Warto może tu wspomnieć, że moja chrzestna, która zmarła w 2002 r. w wieku 93 lat, powiedziała mi kiedyś, że będziemy na pewno mieli papieża-Polaka. Gdy zapytałem, czy sądzi, że będzie nim kardynał Wyszyński, odpowiedziała po prostu: "Nie, będzie nim biskup Karol Wojtyła!". Tak więc, Gomułce nie udało się jednak zapobiec wizycie papieża w Częstochowie!

Powrót do Warszawy odbył się bez przeszkód. Tego samego dnia znalazłem się w domu akademickim "Riviera", dokąd chodziłem na zajęcia z języka francuskiego. Przyjechałem tam wcześniej i trafiłem na pogadankę redaktora Tadeusza Ciechomskiego dla studentów na temat "polskiego katolicyzmu". Mając jeszcze w oczach setki tysięcy rozśpiewanych i rozmodlonych rodaków - ludzi w różnym wieku,  usłyszałem, jak to wiara jest tylko "zabobonem dla ciemnych staruszek, a młoda dziewczyna pójdzie do kościoła tylko wtedy, gdy porzuci ją narzeczony". Wtedy z takimi prelegentami się nie dyskutowało, więc szybko wyszedłem z sali. Ten redaktor już nie żyje, ale przedtem zdążył jeszcze zmienić swe poglądy na przeciwne - gdy to już było korzystne i niczym nie groziło…

Przez następne lata spotykaliśmy się regularnie z naszym duszpasterzem na mszach i konwersatoriach. Kazania księdza Józefa były zawsze wspaniałe i zawierały wiele rad i wskazówek, tak nam potrzebnych w codziennym życiu. Ksiądz założył też  młodzieżowy zespół muzyczny "Wniebogłosy", a uczniowie niemal nie wychodzili z jego mieszkania na trzecim piętrze domu przy Grójeckiej. Pełno było tam książek, a jeden z pokoi zapełniony był akwariami.

Trwało to do końca lat 70-tych, kiedy to po śmierci proboszcza Stanisława Mystkowskiego, stanowisko to objął jego następca. Stosunki między nim a księdzem Józefem nie układały się dobrze i po pewnym czasie ksiądz odszedł z naszej parafii, by ostatecznie znaleźć się w niedużej parafii w Międzylesiu.

Znając stan Jego zdrowia – na serce cierpiał od lat - pomyślałem wówczas, że to jednak mimo wszystko dobrze! Ta nowa praca była znacznie mniej nerwowa i spokojniejsza. Jeśli dodać do tego, jak ważną posługę kapelana pełnił przez lata w Centrum Zdrowa Dziecka - i z jakim oddaniem - myślę, że Bóg wie najlepiej, co dla kogo dobre!

Wiele razy potem tam, w Międzylesiu, razem z wieloma kolegami spotykaliśmy się z księdzem Profesorem - zawsze w dzień św. Józefa. I te wieczory w małym domku na tyłach klasztoru będę zawsze pamiętał. Na ostatnim spotkaniu, w maju 2000, ksiądz bardzo się ucieszył, że w trakcie wycieczki odwiedziłem Staszów, gdzie się urodził, oraz Szydłów3, gdzie chodził do liceum. Bardzo się też ucieszył ze zdjęć, jakie mu potem wysłałem.

O śmierci Księdza Profesora dowiedziałem się po powrocie z wakacji...

1 Przeniesiono go wówczas z duszpasterstwa w kościele św. Anny; na Saskiej Kępie pracował wcześniej (przyp.red.).

2 Było to raczej ‘przyziemie’, do którego schodziło się kilka stopni poniżej poziomu trawnika.

3 Do szkoły średniej uczęszczał najprawdopodobniej w Dąbrowie Górniczej (przyp.red.).