Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży



Wspomnienia Hanny Mieszkowskiej (Sikorskiej)


1.
Jeszcze wtedy nie chodziłam na lekcje religii do księdza Gniewniaka – byłam w szkole podstawowej - ale czasem z Rodzicami odwiedzaliśmy księdza, wówczas katechetę mego starszego rodzeństwa. Czasem przychodził też do nas na obiad czy na herbatkę.
Zazwyczaj długo rozmawiał z moją mamą Marią i tatą Zenonem. Były to rozmowy przy zamkniętych drzwiach i Rodzice byli potem jacyś smutni. Dziś wiem, że musieli rozmawiać o wspólnych przeżyciach okupacyjnych. Mój ojciec też był na Pawiaku, w Oświęcimiu, w Mauthausen. Z nami - czwórką dzieci: Bogną, Jackiem, Hanią i Marysią - nigdy Rodzice nie rozmawiali o latach wojny.
2.
Po latach, kiedy ksiądz Gniewniak odszedł z parafii św. Jakuba, często odwiedzałam go w Międzylesiu. Bardzo go te wizyty cieszyły i choć miał bardzo dużo pracy w parafii i w szpitalu, zawsze znajdował czas na rozmowę, poradę, modlitwę.
Zapytałam go, czy mógłby udzielić mi ślubu – ucieszył się bardzo. Zaakceptował narzeczonego-Marka Mieszkowskiego, ale jednocześnie powiedział, że musimy go wykraść z Międzylesia, bo go nie puszczą z parafii. Wykradliśmy.
Ślub odbył się w katedrze św. Jana 16 kwietnia 1979 roku. Słowa księdza o miłości poruszyły wszystkich, a nam zostały w pamięci do dziś.
Udało się po ślubie zabrać jeszcze księdza na przyjęcie weselne, na krótko, a potem po cichu odwieźć do Międzylesia. Jego obecność to był wielki prezent dla nas, nowożeńców i dla naszych Rodziców.
Do końca odwiedzałam księdza Józefa w Międzylesiu z rodziną. Córki jako małe dzieci bardzo lubiły te wizyty, bo zawsze był uśmiech, miłe słowa, łakocie i zabawa z pieskiem.
Teraz, za każdym razem, kiedy jestem na Bródnie, odwiedzam kwaterę księdza.
Był wielkim człowiekiem. Jestem dumna, że był moim i mego rodzeństwa katechetą, że umocnił i pogłębił naszą wiarę.