Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Wszystko, co uczyniliście... (fragmenty)1

s. Małgorzata Chmielewska

…Mama posyłała nas wprawdzie na religię, ale natychmiast wywołałam kilka konfliktów na katechezie – zadawałam dociekliwe pytania, więc pewnego pięknego dnia ksiądz po prostu wyrzucił mnie za drzwi. Jakim cudem poszłam do bierzmowania, nie wiem.

Miałam jednak ogromne szczęście. Pewnego dnia mama (...) wysłała nas do kościoła. Poszliśmy do św. Jakuba na placu Narutowicza (ileż to mogłam mieć wtedy lat?). Pamiętam, że zawsze wchodziliśmy po schodach do takiej kaplicy, z której bardzo dobrze było widać głowy ludzi. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy wiedzieli, o co chodzi, ale Mszę zwykle odstawaliśmy jak trzeba. Aż do tamtego dnia, gdy podczas kazania zaczęliśmy się bawić za ołtarzem, w absydzie. Tam złapał nas za fraki ksiądz, który akurat przechodził. Widząc, co się dzieje, zabrał nas do siebie. Był to ksiądz Gniewniak, słynny na całą Ochotę, wokół którego gromadziły się setki młodych ludzi – przede wszystkim studentów, bo na terenie tej parafii są domy akademickie - ale także dzieci ulicy.

To był początek naszej przyjaźni, który zaowocował tym, że przez wiele lat jeździliśmy na spływy kajakowe, które organizował – nielegalnie oczywiście. Mieliśmy mnóstwo przyjaciół, chodziliśmy na spotkania, a nawet...dyskoteki u księdza Gniewniaka. Był, przepraszam: jest – bo żyje dzisiaj w Otwocku – doskonałym duszpasterzem, bardzo kochanym przez młodzież.

Jak on was zdobył?

Po prostu zamiast solidnie ochrzanić, zaprosił nas do siebie. „Do siebie” znaczyło malutkie, dwupokojowe mieszkanko koło kościoła, w którym, gdy weszliśmy, już kłębiło się mnóstwo dzieci, akwaria były pod sufit, a z aparatu filmowego na wąską taśmę leciała jakaś kreskówka. Było wesoło, a jak było wesoło, to dlaczego nie przychodzić? I w ten sposób ksiądz Gniewniak chronił nas przed wszystkim, co złe, zajmując nam czas, proponując mnóstwo rzeczy, poznając nas z innymi – przyjaciół „od księdza Gniewniaka” mam do dzisiaj. (...)

Może nie wynosiliśmy z tego bardzo głębokiej wiedzy religijnej, ale na to przyszedł czas później. Na razie mieliśmy jakieś środowisko, które uczyło nas pewnych postaw wobec świata. Te spływy kajakowe młodzież organizowała sama – od namiotów, przez jedzenie, dbanie o młodszych (starszy z młodszym jako z partnerem w kajaku), wielka szkoła wspólnego życia.

Wszystko, co uczyniliście... z siostrą Małgorzatą Chmielewską rozmawia Michał Okoński, Wyd. ZNAK, Kraków 1999, str.137 – 138.