Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Matura A.D. 19681

Jerzy Grzybowski

Chodziliśmy wtedy na mszę akademicką do kościoła św. Jakuba. Kilkakrotnie w czasie marcowych i kwietniowych niedziel przed mszą św., podczas modlitwy powszechnej w trakcie ogłoszeń, nasz duszpasterz, ks. Józef Gniewniak, powtarzał, by w tych trudnych dniach modlić się za młodzież akademicką. W pierwszy dzień Wielkanocy, w czasie kazania, opowiedział Drogę Krzyżową w ten sposób, że choć mówił o Chrystusie, to podmiotem kazania była de facto młodzież – oczerniana, szykanowana, bita, a przecież w końcu zwycięska. W późniejszych latach takich kazań oczekiwano po kapłanach. Wtedy to były precedensy…

W klasowej paczce była Krystyna, ogólnie bardzo lubiana. Rozmawialiśmy nieraz  o wojennych losach Polaków, o przeczytanych książkach, o Katyniu, o Oświęcimiu.

Chodziła, jak zresztą niemal cała nasza klasa, na religię, ale do kościoła nigdy. „To niepotrzebne” - mawiała. W lecie 1968 roku zarówno Krystyna, jak i kilka innych osób z naszej paczki pojechało z ks. J. Gniewniakiem na spływ kajakowy na Wdę. (To właśnie w Świeciu nad Wdą, kilkadziesiąt metrów od namiotów naszego obozu, dudniły całą noc z 20 na 21 sierpnia i cały następny dzień  radzieckie czołgi jadące do Czechosłowacji. Staliśmy na moście i bezsilnie wygrażaliśmy nastoletnimi pięściami, oni internacjonalistycznie machali nam dłońmi z czołgowych wieżyczek…) I tam, gdzieś w Borach Tucholskich, w czasie mszy św. odprawianej na ołtarzu podpartym wiosłami zobaczyłem z ogromną radością Krystynę przystępującą do komunii. Jesienią zaczęła studiować  matematykę. Widywaliśmy się już rzadko. I oto nagle któregoś listopadowego dnia dzwoni do mnie kolega z wiadomością, że Krystyna wyjeżdża, że jedzie do Wiednia, pożegnanie na Dworcu Gdańskim dnia… o godzinie… Ogólne zaskoczenie. Chyba nikt z nas nie wiedział, ani nie przypuszczał, że Krystyna jest pochodzenia żydowskiego. Nosiła nazwisko o bardzo polskim brzmieniu. Później dowiedziałem się, że jej ojciec związany był z aparatem propagandy politycznej, że został wyrzucony z pracy. Świat zaczął mi się nieprawdopodobnie komplikować. Wyrzucanie z pracy komunistów wzbudzało pewną sympatię, ale selekcjonowanie Żydów wywoływało sprzeciw.

Późniejsza korespondencja z Krystyną: Wiedeń – Rzym – w końcu Nowy Jork, uświadomiła głębię i delikatność jej duszy, jej przeżyć, odkrywanie Pisma Świętego, młodzieńczą desperację, bo w końcu była tu  na studiach, otrzymała nawet stypendium. Zdawałoby się – nie musiała wyjeżdżać. Może była w jej decyzji solidarność z innymi emigrantami, może chęć ratowania ojca przez późniejsze zaproszenie, może zaszczucie całej rodziny.

Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Nie były to tematy do korespondencji. Cztery lata później wróciła do Polski na krótko, na fałszywych papierach. Było uroczyste spotkanie – pożegnanie z naszą klasą. Wkrótce potem zginęła w Norwegii w wypadku samochodowym.

1 Tygodnik Powszechny, maj 1988.