Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Chrystus mieszka w Międzylesiu1

Ryszard Antonius Klinger

Kilkanaście kilometrów od centrum Warszawy znajduje się wielki szpital – Centrum Zdrowia Dziecka. Do tego miejsca przybywają na leczenie dzieci ze wszystkich zakątków Polski.
Szpital ten został zbudowany, by zachować pamięć o 13 milionach dzieci, które straciły życie w czasie II wojny światowej.
Ponad 2 miliony z nich to były dzieci polskie.
W przebudowanej stajence nieopodal szpitala, tuż przy kościele w Międzylesiu mieszka ks. Józef Gniewniak, proboszcz tutejszej parafii, na  której terenie znajduje się właśnie CZD.
Ks. Gniewniak, będąc więźniem nazistowskich obozów zagłady, z bliska widział śmierć tysięcy dzieci. Gdy maleńkie istoty gasły, silniej zaświeci płomień jego życia.
Dziś poświęca swe życie tysiącom dzieci, które poddawane są leczeniu w  Centrum Zdrowia Dziecka. Jest on dla nich jednocześnie przyjacielem, matką, ojcem i rodzeństwem.
Przez 7 dni w  tygodniu, przez cały rok przynosi ks. Gniewniak dzieciom Najświętszy Sakrament.
Chrystus mieszka w Międzylesiu. R.A. Klinger był tam, by się z nim spotkać.

*   *   *

Kilka dni przed Świętami Wielkanocnymi udaję się do przepełnionego kościoła w Międzylesiu. Po wieczornej Mszy św., którą zmuszony byłem śledzić z podwórza, odnajduję ks. Gniewniaka w jego malutkim domku. Mieszka on w przebudowanej stajence.
- To coś szczególnego móc mieszkać stajence, miejscu, w którym urodził się nasz Pan, mówi ks. Józef z iskierką w oku.
Przeprasza mnie, że nie zdążymy zjeść kolacji.
- Dzieci w szpitalu czekają z niecierpliwością, zjemy po powrocie.
Taki jest prawdziwy Józef Gniewniak. Żyje intensywnie, mając świadomość potrzeb dzieci, by odwiedził je ktoś bliski.
- Wiele dzieci spędza w szpitalu całe miesiące, bez odwiedzin rodziców lub krewnych. Po prostu często nie stać ich, lub brak czasu na przyjazd z  bardzo odległych miejscowości.
Dla tych dzieci moje odwiedziny są szczególnie ważne.

Zaczęło się w Oświęcimiu.

Miłość i uczucia ks. Gniewniaka do dzieci mają swe korzenie w jego przeżyciach z lat 1942-44, kiedy był więźniem hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu.
Codziennie widział jak mordowano dzieci. Codziennie był świadkiem, jak dzieci klęcząc na bruku błagały SS-manów o swoje życie.
Niewiele z nich przeżyło.

- Szczególnie pamiętam chłopca, który przyszedł na Izbę Chorych, gdzie pracowałem jako sanitariusz, opowiada ks. Józef.
- Nazywał się Jenot i miał 8 lat. Był bardzo wycieńczony, więc cały czas wisiała nad nim groźba śmierci w komorze gazowej.
Nieprzydatny.
- I nadszedł ten dzień, kontynuuje ks. Gniewniak. Przyszedł SS-man, by „zinwentaryzować” szpital.
Jenot naprężył przed nim swe muskuły i krzyknął: „Zobacz, jaki jestem silny, mogę jeszcze pracować. Pozwólcie mi żyć !”.
Tego samego dnia chłopiec zginął w komorze gazowej, wraz z setkami innych.
Podczas naszego spotkania zrozumiałem, że przeżycia z lat w obozie zagłady nigdy nie znikną z pamięci tego człowieka.
- Te przeżycia niosą mnie dziś do dzieci w szpitalu, mówi ks. Józef. Ale mam też swoje rany. Od tamtej pory nie mogę spać bez palącej się w pokoju lampki.

Szpital - „OLBRZYM”

Szpital, który odwiedzamy, to rzeczywiście „Olbrzym”. Obejmuje oddziały opieki nad niemowlętami i dziećmi, aż do młodzieży do lat 18-tu.
Tu przybywają dzieci na operacje oczu lub serca. Tu wykonuje się zaawansowane operacje mózgu, leczy raka i dokonuje się wielu innych skomplikowanych zabiegów. Oddziałów jest wiele, połączonych ze sobą kilometrowej długości korytarzami.
Ks. Józef podał mi kilka danych statystycznych, zdobytych przez 9 pierwszych lat działalności szpitala.
W latach 1977-1986 w szpitalu przebywało 60840 dzieci. Zbadano 5.820.000 dzieci i dokonano 23.268 operacji.
Mimo dość korpulentnej budowy ks. Gniewniak mknie przez korytarze. Zna ten szpital jak własną kieszeń. Personel wita go na każdym kroku. Wielu lekarzy to dawni jego uczniowie.

Hojni Szwedzi

Jest już wieczór; wiele dzieci leży w swoich łóżkach. Światło jest przytłumione. Najmniejsze dzieci już śpią.
Ks. Józef nie spieszy się i długo rozmawia z dziećmi, które odwiedza.
Dziś akurat Komunię św. rozdał już rano. Na wieczór pozostało coś innego: guma do żucia, słodycze ze Szwecji. W miarę możliwości stara się dać coś każdemu dziecku.
- Tu nie rozpieszcza się dzieci słodyczami, opowiada ks. Józef.
Po zażyciu lekarstw, które nie zawsze są także smaczne, przydaje się w buzi coś słodkiego.
- Wiele dzieci tu w szpitalu cieszy się tak z gumy do żucia, jak szwedzkie dziecko ze swego pierwszego roweru, mówi ks. Gniewniak i rusza do przodu oświetlonym korytarzem.
Niektóre z dzieci, które odwiedza, były rano operowane. Oszołomione witają go uśmiechami. Na oddziale okulistycznym wiele dzieci ma opaski na oczach, co wcale nie przeszkadza im „widzieć”, kto je właśnie odwiedza. Świadczą o tym ciepło i pogodny nastrój, który od razu zapanował w pokoju.
- Najważniejsze w moich odwiedzinach, to dawać dzieciom Chrystusa w sakramencie, mówi ks. Józef i dzieci też za tym tęsknią. Jest to dla nich jakby środek kojący.
W drodze między kolejnymi oddziałami ks. Józef opowiada mi pewne zdarzenie, na dowód tego, jak nieskrępowane i otwarte są stosunki między dziećmi a nim.

„To może poczęstujesz opłatkiem, co?”

Pewnego dnia, gdy rozdawał Komunię starszym chłopcom, do kolejki dołączył malec, który z powagą, jak starsi, stał ze złożonymi rękami. Gdy ks. Józef podszedł do niego, ten z wielką powagą zapytał: - Czy ksiądz ma gumę do żucia?
- Nie, dzisiaj nie mam.
- To może ksiądz ma cukierka?
- Niestety, też nie mam, moje dziecko.
- No to może ksiądz poczęstuje mnie opłatkiem!
Na terenie parafii w Międzylesiu oprócz CZD znajdują się 2 domy dla dzieci upośledzonych i 2 domy dziecka.
Ksiądz Józef jest również bardzo mocno zaangażowany w niesienie pomocy tym instytucjom.
Poprzez licznych przyjaciół w Szwecji organizuje pomoc zdobywając rzeczy, których brak jest bardzo dotkliwy, a zdobycie których przez domy dziecka na własną rękę byłoby niemożliwe. Chodzi tu głównie o wózki inwalidzkie, pieluchy jednorazowe, preparaty witaminowe i zabawki.
- Któregoś dnia znalazłem pod moimi drzwiami paczkę, zawierającą nowoczesną aparaturę dla  neurochirurgii, opowiada ks. Józef. - Zostawił ją anonimowy ofiarodawca ze Szwecji.
- Proszę cię o przekazanie gorących, serdecznych podziękowań dla wszystkich hojnych i rozumiejących nasze potrzeby ofiarodawców ze Szwecji, poprosił ks. Gniewniak.
- Szczególnie mam na myśli parafię Kościoła Szwedzkiego, a także inne parafie chrześcijańskie,  których wkład w pomoc dla nas jest ogromny.
Z rozmowy wynika, że preparaty witaminowe i antybiotyki to środki, na które jest ciągłe zapotrzebowanie. Również zabawki, które dają sensowne zajęcie, gdy dni się dzieciom dłużą i wielka jest tęsknota za rodzicami.
Zbliżamy się do końca dzisiejszych odwiedzin. Nadeszła noc. Ks. Gniewniak spotkał się z 400 dziećmi, uważnie ich wysłuchując, wspomagał je słowami otuchy i pocieszenia.
U mnie jako obserwatora wzrasta zachwyt dla tego człowieka, który tak gorąco i po ludzku dzieli się z innymi swą Chrystusową miłością i łagodnością.
Gdy oczekujemy na windę, która ma nas zawieźć na parter, jakaś kobieta prosi o chwilę rozmowy. Ks. Gniewniak zna ją już od dawna. Jest matką chłopca, który leży w tym szpitalu od wielu miesięcy. Przez cały ten czas czuwała u boku syna, mając świadomość, że nie pozostało mu wiele życia. Tego wieczoru chłopiec był tak słaby, iż matka poprosiła ks. Józefa, by ten udzielił mu ostatniego namaszczenia i dał mu Komunię św.
- To jest sytuacja, w jakiej obliczu często staję, opowiada ks. Gniewniak w chwilę później. - Jest to żal i rozpacz, które tak dobrze rozumiem, ale z  którymi tak trudno mi jest się zawsze pogodzić. Ale we wspólnym żalu zawsze możemy szukać pocieszenia i ukojenia poprzez naszą wiarę w Boga.
- Jest to chwila, w której całkiem bezbronni powierzymy życie temu, który sam jest Życiem, mówi ks. Józef z pełną natchnienia wiarą.
Nasza wizyta kończy się na ostrym dyżurze. Do naszej dyspozycji podstawiona została karetka pogotowia. Zmęczone nogi mają wreszcie zasłużony odpoczynek w drodze do domu, do „stajenki”. Żegnamy się w pobliżu przystanku autobusowego.
Kolacja już dawno poszła w zapomnienie.
Pojechałem z powrotem do Warszawy.
Chrystus pozostał w Międzylesiu.

*   *   *

1 Tłumaczenie artykułu „Kristus bor i Miedzylesie”, opublikowanego w szwedzkim periodyku „Katolsk Kyrkotidning”, nr 9/1988, przekład P. Wojtkiewicz.