Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Nie tylko dom rodzinny...1

Jerzy Grzybowski

 Miałem czternaście lat, kiedy po raz pierwszy pojechałem z księdzem Józefem  Gniewniakiem na spływ kajakowy. Przez kilka kolejnych lat pływaliśmy potem Krutynią, Wdą, lub Czarną Hańczą. Każdego wieczoru w innym miejscu stawał, na jedną noc, nasz dom składający się z kilkunastu namiotów. I wtedy, czasem na campingowym stoliku, czasem na desce podpartej wiosłami, rozkładaliśmy ołtarz. W tamtych, pierwszych posoborowych latach, kiedy ksiądz czytał jeszcze cicho Vere dignum aequum et justum est, aequum et salutare..., czytałem głośno "zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne...", a koledzy inne części Mszy świętej. Wśród śpiewu ptaków, przy cichym szumie fal jeziora, Profesor, zdrobniale "Psor" - z uwagi na tropiące nas UB nie pozwalał w czasie wakacji zwracać się per "ksiądz" - sprawował Eucharystię. Były to lata sześćdziesiąte. Księża brali wtedy ze sobą na wakacje niewielkie grupy młodzieży, spośród znanych sobie uczniów czy ministrantów. Ksiądz Gniewniak, pod szyldem PTTK, brał na wakacje po czterdziestu, pięćdziesięciu - zarówno chłopców, jak i dziewcząt - na każdy z trzech lub czterech turnusów kajakowych. Przyjmował każdego, kto się zgłosił. Nie robił żadnych wyjątków. Zwalczał elitarność dzielącą na lepszych i gorszych.

A potem, w ciągu roku szkolnego, często przychodziłem do jego mieszkania, gdzie zawsze było pełno młodzieży. W klatkach skrzeczały papugi i śpiewały kanarki, w ogromnych akwariach pływały rybki, a po całym mieszkaniu biegała "Pusia", czyli pies. Całym tym inwentarzem opiekowała się oczywiście  młodzież, która od czasu do czasu pytała "Psora" o coś poważniejszego...

Zaś na lekcjach religii, zwłaszcza gdy ówczesny program przewidywał  przydługą, i dla nas nieco nudnawą, historię Kościoła, "Psor" w ciągu kilku minut omawiał kolejny jej odcinek, po czym wyciągał z kieszeni sutanny plik kartek z pytaniami, które mu składaliśmy na początku roku i odpowiadał na nasze wątpliwości: "czy pocałunek jest grzechem?", "dlaczego Kościół nie uznaje rozwodów?" i wiele innych.

Dlaczego o tym wspominam? Nie mam wątpliwości co do tego, że już wtedy kształtowało się nie tylko moje przygotowanie do małżeństwa i do życia "dorosłego", ale całego pokolenia młodzieży parafii św. Jakuba w Warszawie. Także tam, w domku za kościołem, gdzie schodziliśmy się na pączki fundowane przez "Psora" po niedzielnej Mszy świętej, kształtował się mój obraz Kościoła jako wspólnoty. To było także, pośrednio, przygotowanie do pojmowania małżeństwa jako wspólnoty istniejącej w szerszej społeczności.

W następnych latach rozwinął się ruch oazowy i inne formy duszpasterstwa młodzieży, ale wówczas, w czasach gomułkowskiej nocy, to była jedna z nielicznych wspólnot kształtujących świat wartości. Kiedy po dwudziestu latach powiedziałem mojej mamie jak bardzo ważne było dla mnie to, że nakłoniła mnie w dzieciństwie do zostania ministrantem pod opieką ks. Gniewniaka, mama wyznała, że czuła, iż w warunkach choroby ojca i własnego przeciążenia pracą "sama nie da sobie rady" z wychowywaniem mnie.

Do małżeństwa i w ogóle do dojrzałego życia przygotowuje nie tylko dom rodzinny, ale także środowisko, w którym kształtuje się świat naszych wartości. To jest ogromnie ważne, zwłaszcza w okresie dojrzewania, kiedy kwestionowane są wartości domu rodzinnego. To jest ogromnie ważne, aby w  środowisku młodzieżowym znajdować swoją alternatywę dla konsumpcyjnego modelu życia, z którego coraz bardziej podstępnymi metodami wypierane są takie wartości, jak prawdomówność, prostolinijność, wierność, szacunek wobec  siebie nawzajem i wobec życia w ogóle, miłość rozumiana głębiej niż używanie "partnera" do zaspokojenia potrzeb seksualnych.

Czasem zdaje nam się, że przeceniamy, częściej jednak nie doceniamy  znaczenia wspólnoty, środowiska "pozadomowego", w którym kształtuje się świat wartości naszych dzieci. Przesiąkają one atmosferą "być" lub "mieć". Zadowalają się tanim konsumpcjonizmem, nie zdając sobie z tego sprawy. "Ja muszę" i to natychmiast "mieć" zaspokojone wszystkie potrzeby. Nie potrafią potem przyjąć zdecydowanej postawy, nie potrafią wybierać. Dlatego coraz bardziej potrzebne jest kształtowanie we wspólnotach tych cech, które wypełniają treść ewangelicznej postawy, owej prostolinijności, szeroko pojętej wstrzemięźliwości, wierności, odkrywania postawy miłości nastawionej na wzajemna troskę o siebie. Mniej będzie wtedy tragedii  rodzinnych, mniej postaw obojętnych, letnich, miałkich. (...)

Wpływu czynników kształtujących naszą postawę nie da się wyważyć, trudno je rozdzielić. Bo łaski Bożej nie da się zmierzyć, ona zresztą przenika tamte dwa pierwsze czynniki. Czasem wyprostowuje to, co było w krzywym  zwierciadle, czasem wzmacnia otrzymane wcześniej zadatki laski. Warto w swoim życiu odnaleźć takie momenty szczególnego dotknięcia przez Pana Boga, zauważenia Jego obecności w naszym życiu i w naszym małżeństwie. Warto do nich wracać.

Kiedy wspominam dzieciństwo i czasy nastoletnie, coraz bardziej widzę, jak wciąż czerpię z duchowego bogactwa, jakie stanowił nie tylko dom rodzinny, ale także środowisko ministranckie i duszpasterstwo ks. Józefa Gniewniaka. (...)

1 Fragmenty z książki  J.Grzybowskiego Małżeństwo wciąż budowane, Wyd. M, Kraków 1996.