Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Mohery w kajaku (fragmenty wywiadu)1

Z Ewą i Lucjanem Mączewskimi, kajakarzami od 47 lat, rozmawia Magdalena Stopa.

…A jak wyglądały początki?

Ewa Mączewska: Na pierwszy spływ popłynęłam zaraz po egzaminach na studia. Jeszcze nie znałam wyników. To był 1965 rok. Wstyd powiedzieć, ale nie pamiętam nazwy rzeki. Pamiętam natomiast, że było pięknie. Ogniska, gitara, namioty. I codziennie msza. Nad rzeką, w lesie. Bo spływ organizował ksiądz Józef Gniewniak z warszawskiej parafii św. Jakuba na Ochocie. Nielegalnie. Oficjalnie był jedynie uczestnikiem spływu, chodził w stroju cywilnym. To był ten typ duszpasterstwa, który dobrze jest znany z działalności Karola Wojtyły. Lucjana poznałam tamtego roku, na spotkaniu zamykającym sezon kajakowy. Siedem lat ode mnie starszy, bardzo atrakcyjny. Od razu zaczęliśmy się spotykać.

L.M.: Mój pierwszy spływ był dwa lata wcześniej, Czarną Hańczą. Ten sam ksiądz poprosił mnie o pomoc w jego organizacji. Miałem doświadczenie w obozach wędrownych, podjąłem się chętnie. Na Hańczy nie było oczywiście żadnych trudności, to jest niezwykle łatwa rzeka. Gdybyśmy nie wiosłowali, to też byśmy płynęli. Problemów jednak mi nie brakowało, związane były ze zdobyciem sprzętu, z przygotowaniem biwaku, jedzeniem. Kajaki zapewniał ksiądz, z namiotami było już gorzej. Część uczestników miała własne, część trzeba było pożyczać z rozmaitych źródeł. Oczywiście nie było kuchenek, gotowaliśmy na ognisku. Dla blisko 60 osób. W garach po 30 litrów. Potem myliśmy je w rzece, piaskiem. Było z tym sporo zamieszania, zwłaszcza że przecież na spływie biwak jest każdej nocy w innym miejscu. Dużo czasu na odpoczynek nie miałem. Nie zniechęciło mnie to jednak. W następnych latach razem z księdzem przepłynąłem wiele rzek: Krutynię, Wdę, Brdę, Pisę, Narew. Wszystko to są łatwe rzeki, musieliśmy takie wybierać, żeby można było prowadzić spływy grupowe. Na większości z nich była też Ewa.

Co gotowaliście na ognisku dla tych 60 osób?

L.M.: Nie było wówczas łatwo z jedzeniem, więc menu było specyficzne. Rano kanapki z przysmakiem śniadaniowym, kiełbasą lub żółtym serem. Dla każdego po dwie. I dowolna liczba kanapek z marmoladą z buraków. Sprzedawano ją w płaskich pudełkach kartonowych, wyglądała jak smar, wiec nazywaliśmy ją towotem. Na obiad zupa z torebki i zazwyczaj coś z ówczesnych puszek lub słoików, na przykład klopsiki z pomidorami. W ramach deseru mieliśmy kisiel w proszku, czyli tak zwany glut. Do picia kawa zbożowa, czasem herbata. Spore kłopoty mieliśmy z kupowaniem chleba, zazwyczaj było nas blisko 60 osób, wiejskie sklepy nie były przygotowane na taki najazd. Posiłkom towarzyszyło więc  zazwyczaj sporo emocji. Nie omijały one też księdza. Bardzo mu zależało, żeby nikt nie chodził głodny. Był po obozie w Auschwitz. Ciągle się niepokoił, że mamy za mało jedzenia. Przybierało to czasem formy groteskowe. Pamiętam, raz ugotowaliśmy zupę jagodową. Ksiądz uznał, że taka zupa jest zbyt uboga, sugerował, żebym dodał do  niej smalcu.

Ksiądz organizował spływy nielegalnie. Nie było z tego powodu problemów?

L.M.: Oczywiście, były. Bardzo zaangażowałem się w tę współpracę, przygotowywałem sprzęt, zdobywałem jedzenie, organizowałem biwaki. Długo nie musiałem czekać, dostałem wezwanie do Mostowskich. Pokój taki i taki, godz.9. Pytania: Skąd znam księdza? Kto był na spływach? Czy ksiądz spiskuje? I tak dalej. A na zakończenie: „Żeby pana tak  nie krępować, następnym razem umówmy się w kawiarni”. No i oczywiście: „ To jest tajne, o tym spotkaniu nie wolno nikomu mówić”. Zaraz po wyjściu pognałem więc do księdza i o wszystkim opowiedziałem. Ale do kawiarni poszedłem. Bałem się. I znowu seria pytań o księdza. Więc ja, że każdy rozumny człowiek dąży do poznania prawdy. Tłumaczyłem ubekowi, że ksiądz młodym ludziom w tych poszukiwaniach pomaga. Nie podobały mu się moje wyjaśnienia, dał mi jednak spokój. Chyba zrozumiał, że jestem, jak to dzisiaj mówią, głupi beret moherowy. Więcej nie byłem wzywany.

Pływaliście przez całe studia. Co było później?

E.M.: Później wzięliśmy ślub i zaraz potem znowu popłynęliśmy na spływ. Jak się okazało, ostatni na długie lata. Rok później urodziłam syna, później jeszcze dwóch następnych. Do kajaków wróciliśmy, gdy najmłodszy chodził już do przedszkola. (…)

1 „Wysokie Obcasy”, 22 września 2012.