Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Warszawa, dn. 24.07.2001

Wojciech Szaniawski
Warszawa

W.P.
Bogdan Galiński
Warszawa

 

Serdecznie pozdrawiam,

Mija właśnie rok, kiedy Bóg zaprosił księdza Józefa Gniewniaka do Wiecznej Radości. Nieobecny w swoim domu, jest stale w naszych sercach i myślach. Pamiętamy Go jako kapłana, kapelana, nauczyciela, przewodnika, ale przede wszystkim jako przyjaciela. W każdej chwili mogliśmy liczyć na Jego pomoc. Pełny optymizmu i wiary w człowieka tłumaczył nam życie. Jedyny.

„Jeśli Go nie znałeś, to nie żałuj, bo przyjaciela straciłbyś...jak ja”.

Chciałbym powiadomić, że 5 sierpnia o godz. 8:30 w kościele w Międzylesiu odbędzie się Msza Święta za duszę Świętej Pamięci księdza Józefa Gniewniaka. Westchnijmy w ten dzień do Boga za naszego wychowawcę.

Wieczorem, 3 sierpnia 2000 roku Ksiądz zaprosił mnie na ostatnią lekcję. Nie zapomnę jej do końca życia. Przesyłam Państwu kopię listu, jaki napisałem w niecały miesiąc po śmierci księdza, wracając myślami do tamtego dnia.
Będę wdzięczny, jeżeli zechcą Państwo podzielić się ze mną swoimi wspomnieniami o przyjaźni z księdzem Gniewniakiem. Jak się ona zaczęła, jak rozwijała i co sprawiło, że trwała do końca?

/ministrant Wojtek/

sierpień 2000

Szanowny Przyjacielu,

To był trzeci sierpnia 2000 roku. Około godziny 11-tej pojechałem odwiedzić księdza Gniewniaka w szpitalu. Minęła już druga noc, kiedy zabrało Go pogotowie. Wszedłem na „R-kę” do pokoju Księdza, ale Go nie poznałem. Siedział odwrócony tyłem, na wózku inwalidzkim. Miał ostrzyżone włosy, wydawał się dużo chudszy i młodszy. Okazało się, że na własne żądanie wychodzi ze szpitala. Był już spakowany. Powiedział mi, że spał tej nocy może tylko trzy godziny i wskazał na łóżko. Było rzeczywiście bardzo twarde. Mimo to wyglądał dobrze, jakby nie był zmęczony. Spytałem się, czy chciałby pojechać do swojego domu ze mną, ponieważ byłem samochodem rodziców. Poczekaliśmy tylko na zgodę i wypis. Jak zwykle, żartując podziękował pielęgniarkom i pani doktor za opiekę i obiecał owoce. W domu kazał mi zaraz jechać i kupić pomarańcze. Wziąłem recepty wystawione w szpitalu i przywożąc lekarstwa pokazałem owoce. Był bardzo zadowolony i prosił, żebym jak tylko je zawiozę przyjechał i powiedział, czy siostry się ucieszyły. Gdy przyjechałem, poprosił mnie, żebym w tę pierwszą noc po wyjściu ze szpitala nocował u Niego.

Godzina 20:00
Kończyłem kolację, gdy zadzwonił Ksiądz i upewnił się, czy zaraz przyjadę. Gdy poszedłem, siedział przy stole i chyba coś jadł. Mnie również częstował. Rozmawialiśmy, a później Ksiądz poszedł do swojego pokoju. Ja natomiast wziąłem psa – Boya i poszedłem z nim na spacer. Gdy wróciłem, Ksiądz spał. Cicho, nie spał tak jak zwykle. Posłałem sobie łóżko i zacząłem czytać jakąś książkę z księdza biblioteki.

Godzina 22:30
Kończyłem modlić się, gdy ksiądz zapalił światło. Usiadł przy stole i wyciągnął ulotki z opakowań z lekarstwami. Gdy podszedłem, poprosił żebym przeczytał mu, w jaki sposób odwrócić działanie „enarenalu”. Ubocznym skutkiem tego leku mógł bowiem być gwałtowny spadek ciśnienia. Ksiądz chyba je mierzył, bo mówił że ma około 80/60. Kilka łyków czerwonego wina i roztwór soli w wodzie miały pomóc. Zaczęliśmy regularnie mierzyć ciśnienie. Już było 120/80, ale ksiądz nadal źle się czuł. Przypomniał sobie o nitroglicerynie – w chwilach kryzysu miał brać dwa dmuchy.
Ksiądz nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Kładł się i wstawał, szedł do sąsiedniego pokoju i zaraz wracał. Ciśnienie znowu dramatycznie spadło – zadziałała nitrogliceryna. Było już nawet 63/46. Nie wiem, dlaczego nie dzwoniłem po karetkę. Nagle ksiądz dostał drgawek i położył się na łóżko. Spytałem się, czy wszystko w porządku. Przestraszyłem się. Do tej pory ksiądz nie chciał, żebym dzwonił po pomoc. Teraz jednak chwyciłem za słuchawkę, lecz nie mogłem znaleźć kartki z numerem telefonu. Nagle ksiądz podniósł się i powiedział, żebym nie telefonował. Pomógł mi jednak znaleźć tę kartkę. I mimo, że pomylił ją najpierw z torbą foliową, a później z opakowaniem po lekarstwie, to jednak on ją pierwszy znalazł. Znowu zmierzyliśmy ciśnienie. Czas wypełniało czekanie między pomiarami – ok. 10 min. Ostatnim wynikiem był jego brak, bo aparat wskazał błąd. Nie wiem dlaczego. „Damy mu odpocząć” – powiedział Ksiądz. Przebrałem się i siedziałem w fotelu przy Księdzu. Siostra przełożona wyjechała, a domofon do pozostałych sióstr jest w nocy wyłączony. W razie potrzeby musiałbym iść i je budzić, aby otworzyły bramę, do której kluczy ja nie miałem. Ksiądz poprosił o pudełko z lekarstwami. Wyciągnął jakieś i żartując: „O, tego dawno nie brałem” połknął je.

Minęła godzina 24:00.
Ksiądz siedział na łóżku, opierając się ręką o szafkę. Wzywał imię Boga. Poszedłem do domu sióstr i zacząłem walić pięścią w drzwi. Było to blisko domu księdza. Usłyszałem jego krzyk. Wyjrzała któraś z sióstr i powiedziała, że zaraz pójdzie otworzyć bramę. Pobiegłem do Księdza. Leżał na łóżku. Zacząłem do niego mówić. Zadzwoniłem po pogotowie. Do Księdza krzyczałem, że pogotowie już jedzie, że wszystko będzie w porządku. Ksiądz kaszlnął. Zacząłem masować Mu serce. Ksiądz nie reagował. Przyłożyłem ucho do jego piersi, ale słyszałem tylko łomot swojego serca. Starałem się Jego głowę przekręcić na bok. Otworzyłem mu powieki, a On patrzył się. Nie ruszał jednak oczami. Nie wiedziałem, czy żyje. Myślałem, że stracił przytomność. Na piersi miał różaniec. Ucałowałem krzyż. Czekaliśmy na pogotowie. Nareszcie przyjechali. Pani doktor wzięła Księdza za rękę sprawdzając puls. Pokręciła przecząco głową na zadawane w mojej myśli pytanie. Bałem się, ale miałem nadzieję, bo poprosiła słuchawki. Nie wytrzymałem i zapytałem, czy ksiądz żyje. Powiedziała: „nie”.
Godzina 0:15.
Popłakałem się.

Wiem teraz, że śmierć jest wielką tajemnicą. Oto siedziałem przy Księdzu i nie zauważyłem, że odchodzi. Jak mówił Ksiądz, w jego życiu jest za pięć dwunasta. Miał rację. Zawsze miał rację. Jego niedzielna Msza Święta była wydarzeniem. Proste, a przez to konkretne słowa były skierowane do nas. Popierał je zawsze przykładem swojego życia. Nie można było spać, gdy mówił. Uczył nas miłości do drugiego człowieka we wszystkim, co robimy. Mężom nie kazał się gniewać, gdy dostaną przypaloną zupę, a żonom nie pozwalał narzekać, że ich sąsiadom żyje się lepiej. Po Mszy Św. było wspólne śniadanie, krojenie chleba dla gołębi; czasem Ksiądz opowiadał swoje wspomnienia. Często wieczorami nabieram się, bo chcę ustalić z bratem i mamą, kto jutro „idzie do Księdza”. Czasami ciężko było ustalić, żeby zdążyć na 7:30 do kościoła. Ksiądz nigdy się nie spóźniał. On był powołany. Ostatnią Mszę Św. tu na ziemi odprawił 1.08.2000 r. w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, za jego uczestników. Wielki Kapłan i Polak.