Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Zielona Góra, 30.08.2001

Szanowny Panie Wojciechu,

Bardzo serdecznie dziękuję za list, a raczej za wiadomości w tym liście.

Często z Adriankiem myślałam o śmierci ks. J. Gniewniaka. Jak umarł? Kto był przy nim? Chcieliśmy się tego dowiedzieć, ale skąd? A i tu list od Pana. Ks. Józef Gniewniak kieruje z góry. To było nasze „marzenie”. Wszyscy, którzy ten list czytali – płakali.

Ks. Józefa Gniewniaka poznaliśmy w 1989 r. Był maj 1989 r. – Adrian został przyjęty do CZD na oddz. neurochirurgii – guz mózgu. Dzieci odwiedzał ks. J. G. Ja mam jeszcze córkę i zostawiłam Adrianka w CZD i zawiozłam z mężem Kasię do moich Rodziców. W czasie naszej nieobecności w Z.Górze Kasią (5 lat) opiekowały się ss. Prezentki. Po powrocie do CZD jedna z mam powiedziała nam, że ks. J. G. chce poznać matkę Adrianka (12 lat). Byłam bardzo zdziwiona – nikogo nie znam tu w Międzylesiu. Powiedział mi, że Adrian po operacji, gdy Ks. do niego przyszedł i powiedział „Adrianku, dzisiaj nie będziemy rozmawiać, bo jesteś po operacji i wszystko boli”, a Aduś na to „Z Bogiem zawsze można rozmawiać”. Były to piękne słowa jak na dziecko i po takiej operacji. Gdy Aduś doszedł do siebie i byłam z nim w hotelu CZD, to codziennie byliśmy rano lub wieczorem w kościele na Mszy Św. Ks. J. G. modlił się za dzieci z CZD, te które będą operowane dzisiaj i za naszego kochanego Adrianka, który codziennie jest tu w kościele. Co nam pozostało? Prosiłam i inne matki, aby szły do kościoła. – Za gorąco, za daleko, chodnik krzywy itd. Mąż też często do nas przyjeżdżał. Robił zakupy, stał w kolejkach, aby Aduś wszystko miał. Do CZD jeździliśmy co 1 miesiąc do kontroli, do 18 r. ż. Każda wizyta połączona była z ks. J. G. Bardzo się cieszył, gdy widział Adusia. Gdy poprosiłam o Mszę Św. o zdrowie dla Ady i ks. J. G. – 19.03. imieniny ks. Józefa i Ady urodziny – oglądał ten pieniążek – już chciałam dołożyć, a Ks. czy mamy na bilet, czy mamy jedzenie, czy Kasi nic nie trzeba. To jest niepotrzebne, ale uprosiłam Ks., żeby wziął i modlił się za dzieci z CZD i Adusia.

Na Święta przysłał nam życzenia podpisując się Wasz ks. Józef Gniewniak.

Był to wspaniały Ks., a raczej jest, bo nigdy o nim nie zapomnimy. Jestem z zawodu pielęgniarką. Pracuję i często opowiadałam w pracy o wizytach w CZD i o ks. J. G. Jedna z moich koleżanek odwiedziła nas w CZD, była 1 tydzień i przez ten tydzień też poznała ks. J. G. Dlatego musiałam pokazać Jej ten list od Pana. Ona też chciała dowiedzieć się, jak umierał ten wspaniały człowiek.

Aduś skończył Liceum Ekonomiczne. Od 16.07.01 podjął pracę. To wszystko zasługa ks. J. Gniewniaka i innych Św. Wszystkie maskotki i rzeczy, które dostali Aduś i Kasia, to relikwie. Kartki i listy też przechowujemy.

Książkę, którą piszę, zatytułowałam „To cud”. W I dobie po operacji Aduś już siedział. Gdy weszłam z mężem na salę – to Aduś przywitał nas, że za 1 godz. Was się spodziewałem. Adusiu ty musisz leżeć. Ja byłem już w ubikacji.

To cud synku. Mimo tego, że pracowałam na chirurgii i dużo widziałam, usiadłam - bo nogi miałam z waty. Męża przygotowywałam do wizyty u Ady po operacji, a ja do dzisiaj to przeżywam.

Podczas jednej z wizyt w CZD – odwiedziliśmy ks. J. G. w wakacje.

- Co robisz Adrianku w wakacje?

- Robię prawo jazdy.

Ks. J. G. – Żebyś tak miał samochód.

Proszę Ks. - wygrałem samochód Fiat Uno.

Ks. J. G skoczył do góry. To Bóg Ci wynagrodził to cierpienie.

To są tylko niektóre fragmenty naszych kontaktów z ks. J. G.

Pogrzeb ks. J. G. – dostaliśmy telegram.

Kasia jechała do Rzymu na Światowe Spotkanie Młodych. Ja byłam sama w Przychodni, mąż też był sam w pracy. Aduś musiał Kasię wytransportować. Przyszedł do mnie do pracy Aduś o 1200. Poszliśmy do kościoła i później na cmentarz w Z. Górze. Kupiłam znicz i 1 dużą gladiolę białą – była piękna. Chcieliśmy ks. J. G. pochować tu w Z. Górze. Poszliśmy pod krzyż bardzo duży, wysoki – 2-3 piętra. Na ks. J. G. mówiliśmy „Grubas”. Byłeś taki gruby, taki wielki i taki dobry i krzyż nasz w Z. Górze taki wielki, taki duży i żelazny. Oni Ciebie chowają w Warszawie 1300, a tu w Z. Górze masz już krzyż. Opowiedziałam to ks., który odprawiał często Msze Św. o zdrowie dla Ady tu w Z. Górze. Płakał i powiedział, że na to by nie wpadł. Chodzimy na cmentarz i palimy znicz i składamy kwiaty pod tym krzyżem dla kochanego „Grubasa”.

Dzień Wszystkich Świętych – groby mamy daleko za Z. Górą. Poszliśmy całą rodziną do „Grubasa” – a tam paliło się multum zniczy i kwiatów był ogrom.

Zobacz „Grubas”, ile masz kwiatów i zniczy, nasze też tam były. Aduś się cieszył, że takie miejsce obrałam dla ks. J. Gniewniaka.

Dużo można pisać o tak wspaniałym człowieku.

Jeszcze raz dziękuję Panu, a raczej ks. J. Gniewniakowi, że tak pokierował Panem, że napisał Pan list, na który czekałam. To była tylko myśl do ks. J. Gniewniaka (a Pan to spełnił).

W swoim życiu spotkałam bardzo dużo miłych ludzi. Ci, którzy zmarli, modlę się za nich i do nich. Zawsze służą pomocą.

Aduś odbierał samochód, który wygrał, w Warszawie w Ital Mot. Ja jestem w Z. Górze – myślę, albo mi się śni, że nie mogą wyjechać z tego Ital Motu na Al. Jerozolimskie – i tak faktycznie było.

Poprosiłam moich Św. – aby im pomogli. Widziałam we śnie – czerwony samochód kształt UNA i patyczki jak zapałki koło tego samochodu. To te „patyczki pomogły im wyjechać”. Gdy wrócili, ja im to opowiedziałam – i tak było, że nie mogli wyjechać, bo cały czas samochody jechały.

Pan sam wyciągnie z tego wniosek.

Przesyłam pozdrowienia dla całej Rodziny.

- Proszę pana – o ile będzie dysponował Pan chwilą czasu, pojechać na grób ks. J.Gniewniaka.

Wysyłam pieniądze na znicz dla ks. J. G. od Adrianka i całej Rodziny Wódczyńskich z Z. Góry

Pozdrawiam i Dziękuję
Matka Adrianka – Bogumiła Wódczyńska