Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Koźle, 10.12.2001

Drogi Wojtku,

Dziękuję Ci bardzo za Twój list i jednocześnie przepraszam, że tak długo zwlekałem z odpowiedzią. Myślę, że było to spowodowane tym, że zdawałem sobie sprawę, jak trudno jest przelać na papier pewne osobiste sprawy, a do takich należy z pewnością moja przyjaźń z Księdzem Gniewniakiem. Słowa mogą tylko częściowo oddać znaczenie pewnych spraw i nierzadko, gdy się już coś ubierze w słowa, to nie oddaje to do końca naszych uczuć (to trochę tak jak by się chciało opisać przeżycie duchowe).

Ksiądz był człowiekiem wielkiego formatu. Takich ludzi trudno jest dzisiaj spotkać, mieliśmy więc duże szczęście, że mogliśmy się z nim przyjaźnić. Miał w sobie dużo ciepła, był pobłażliwy dla ludzkich słabości (choć wydawał się nieraz nimi zmęczony), ale co wydaje mi się najważniejsze, był wielkim indywidualistą i człowiekiem bezkompromisowym. Bezkompromisowym, jeżeli chodzi o zasady, które wyznawał i to, w co głęboko wierzył. Żył w trudnych czasach, gdy było wielu, którym nie podobało się, że chodzi dzień w dzień z odwiedzinami do dzieci ze szpitala. On jednak pozostał niezłomny, choć wiem, ze nieraz miewał trudne chwile, gdy utrudniano mu wizyty w szpitalu. Na szczęście znaleźli się też tacy, którzy go w szpitalu wspierali.

Ja mam teraz 27 lat, jestem prawnikiem. Trafiłem do szpitala w 1983 r., chorowałem na osteoporozę (miałem 9 lat). Nie mogłem chodzić, ani nawet wstawać z łóżka. Ksiądz od razu zwrócił na mnie uwagę i wydaje mi się, że stałem się jego ulubieńcem. Nie wiem, dlaczego tak było, ale z perspektywy lat wydaje mi się, że mogło to wynikać z faktu, że byłem wtedy dzieckiem niezwykle religijnym (leżąc w łóżku większość czasu spędzałem na modlitwie). On to chyba wyczuwał intuicyjnie, ponieważ w zasadzie nie prowadziliśmy rozmów o Bogu. To właśnie było wspaniałe, jeżeli chodzi o Księdza – nie musiał tłumaczyć pewnych rzeczy i nawet się nie starał. Jak bowiem wytłumaczyć problem cierpienia dziecku, kiedy nawet dorosły nie znajduje rozsądnego wytłumaczenia. Był po prostu współczujący, emanowała z niego siła i dobroć i dodawał hartu ducha samą swoją obecnością, często żartując z błahych rzeczy. Nie robił żadnych uwag na temat tego, jakim należy być, co myśleć, w co wierzyć. Nie dawał rad i nie pouczał. Nie mówił, że pomimo tego, że cierpię, Bóg mnie kocha. Może wiedział, że nie musi, bo ja i tak o tym wiem. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko subiektywne odczucia i Ksiądz był może inny w stosunku do innych ludzi. Ja mogę powiedzieć jedynie to, jaki był dla mnie.

Mógłbym pisać jeszcze wiele o Księdzu, ale mam nadzieję, że będziemy się mieli okazję osobiście spotkać i powspominać Księdza – może ja będę na wiosnę w CZD.

Uważam, ze byłoby bardzo dobrze zebrać i opublikować wspomnienia o Księdzu napisane przez jego przyjaciół. Czy myślałeś już o tym? Materiał częściowo mogłyby stanowić listy, które zapewne otrzymałeś na swój apel.

Ponadto myślę, że byłoby wspaniale, gdyby pamięć o Księdzu mogła zostać uwieczniona tablicą pamiątkową umieszczoną w odpowiednim miejscu w szpitalu. Wydaje mi się, ze koszt byłby stosunkowo niewielki (sam chętnie uczestniczyłbym w kosztach), trzeba by było tylko załatwić wszelkie formalności. Czy myślałeś już o tym, a jeżeli nie to, co sądzisz o tym pomyśle?

Kończę już mój list, pozdrawiam serdecznie i czekam na Twoją odpowiedź

Damian Duszewski

P.S. Mieliśmy z Księdzem naszą ulubioną książkę, jaką był Władca Pierścieni Tolkiena. Ciekawy jestem, czy czytałeś ją i czy o niej rozmawialiście.