Ks. Józef Gniewniak (1922-2000)

Ksiądz katolicki

Duszpasterz
akademicki

Wychowawca
i przyjaciel młodzieży

Wojtku,

Bardzo dziękuję o powiadomieniu nas o Mszy Św. 5 sierpnia odprawianej za księdza Gniewniaka, jak również za list, w którym opisujesz ostatni wieczór z Księdzem. Po przeczytaniu listu długo myślałam o naszym drogim Nauczycielu, a oto garść wspomnień o Nim, o co prosisz.

Księdza Gniewniaka poznałam, gdy byłam dzieckiem, miałam 11 - 12 lat. Chodziłam na prowadzone przez niego lekcje religii w parafii św. Jakuba przy pl. Narutowicza w Warszawie. Jego lekcje religii, jak pewnie wiesz, były niesamowite. Biło z nich ciepło, miłość, humor i prawdy o życiu. Pamiętam, jak ksiądz żartował, a jednocześnie uczył, jak należy postępować w życiu – jak ważna jest miłość do drugiego człowieka – troska o to, by nikogo nie krzywdzić. Miałam wrażenie, ze ksiądz Gniewniak kochał młodzież, bardzo dobrze się z nami czuł. Niestety, nie dane mi było wtedy poznać księdza bliżej – byłam za mała, by jeździć z nim na wakacyjne obozy młodzieżowe, a to, że byłam dziewczyną, uniemożliwiało mi bywanie u niego w mieszkaniu, gdzie zapraszał m.in. moich starszych braci, Wojtka i Piotrka. Zazdrościłam im, że mogli grać wtedy z Księdzem w ruletkę, oglądać jego zwierzaki – kanarki i psa Boya.

Ale na szczęście, ponieważ mieszkaliśmy na terenie parafii, ksiądz Gniewniak przychodził do nas czasami po kolędzie. Pamiętam, że te Jego wizyty były zupełnie inne niż pozostałych księży – nie wiem dokładnie, jak to określić, były po prostu przepojone miłością, prawdą, prostotą, niesamowitą (tu wyraz nieczytelny) – np. podczas kolędy obcinał za długie pazurki naszemu kanarkowi Maciusiowi, żartował, rozmawiał o codziennych sprawach, doskonale kojarzył nas, rodzinę, znajomych – po Jego wizytach w domu pozostawała radość.

Niestety, ta radość została nagle nam odebrana w momencie, gdy ksiądz Gniewniak został zmuszony do opuszczenia parafii, chodziłam wtedy do I lub II klasy liceum. Pamiętam, jak wszyscy stawali w Jego obronie, szczerze pragnęli, by nas nie opuszczał, ale dla nas na nieszczęście, a dla Ciebie Wojtku na szczęście, bo Go spotkałeś na swej drodze, musiał przenieść się do Międzylesia. Po przeniesieniu księdza Gniewniaka chyba w ramach buntu przestałam chodzić na lekcje religii. Ale ja, moje kuzynki, które również chodziły do Niego na religię i inne koleżanki odwiedzałyśmy Księdza w Międzylesiu. Z upływem lat coraz rzadziej.

Gdy byłam w szkole średniej i na studiach, bardzo ciężko chorował, a gdy byłam na czwartym roku umarł mój Tata. Pamiętam, jak ksiądz Gniewniak dodawał mi wtedy otuchy, mówił, że Bóg to cierpienie wynagrodzi. Po obronie dyplomu wyszłam za mąż – choć mój mąż nie znał księdza Gniewniaka, okazało się, że jego brat cioteczny Jacek i jego siostry Hania, Bonia i Marysia Sikorskie, jak również państwo Sikorscy doskonale znali i szalenie lubili i kochali Księdza – ks. Gniewniak dawał ślub Hani Sikorskiej z Markiem Mieszkowskim, a Jacek Sikorski i Hania utrzymywali cały czas z nim kontakt. Ostatni raz widziałam Księdza kilka lat temu, na Mszy za Ciocię  i Wujka Sikorskich odprawianą w Szpitalu w Międzylesiu.

O drogim Nauczycielu pamiętałam cały czas, czego dowodem miały być kartki z życzeniami do Niego. Był, jest i pozostanie na zawsze w mojej pamięci i sercu.

Jola Różycka (z domu Karcz)